RSS
 

Niezależnie od tego, jak dobrze lub źle wygląda sytuacja, ona i tak się zmieni …

05 paź

 

Moja przyjaciółka Mena zawsze powtarza: „Życie jest brutalne, lepiej załóż kask”.
I wie, co mówi.
Są takie dni, kiedy kask byłby nie od rzeczy na tych wszystkich zakrętach i zwrotach, przy przepychankach i nieoczekiwanych manewrach. A to tylko jazda w korkach do pracy.

Sekret polega na tym, żeby do niczego w życiu zbytnio się nie przywiązywać, ani do tego, co dobre, ani do tego, co złe. Dobra passa przychodzi i odchodzi. Zła passa przychodzi i odchodzi. Nie powinniśmy trzymać się kurczowo tej pierwszej, ani walczyć do upadłego z tą drugą, tylko z każdej sytuacji wyciągać wnioski dla siebie.

Jest takie stare powiedzenie, które pomaga ludziom przetrwać trudne chwile: „I to przeminie”.

Większość z nas nie chce tak myśleć o dobrych momentach. Nie chcemy, żeby minęły. Chcemy, żeby trwały wiecznie. Ale wcześniej czy później, wszystko się zmienia.
Sekret polega na tym, żeby dać się życiu ponieść jak rzece: przez bystry nurt, spokojne wody i jeszcze dalej. Dryfować niczym liść, niczego się nie trzymając, ufając prądom.

Kiedy pierwszy raz wybrałam się na rafting, przewodnik wygłosił długi wykład o niebezpieczeństwach, jakie niesie rzeka. Jeśli wypadniesz z pontonu, nie próbuj wstać ani złapać się skały, nie walcz z rzeką. Rzeka zawsze zwycięży. Jeśli wypadniesz, odpręż się, ułóż zgodnie z prądem nogami do przodu, przyciśnij brodę do klatki piersiowej i pozwól, by rzeka cię niosła.
Zawsze wyniesie cię na spokojniejsze wody. Potem instruktor wręczył każdemu wiosło i kazał słuchać jego wskazówek, kiedy wpłyniemy w obszar wartkich prądów. Na koniec przypomniał nam, że ludzie naprawdę umierają w wodzie, więc musimy być ostrożni, i życzył wszystkim miłej zabawy.
Aha, i nie miał dla nas kasków.
Na bezpiecznym skrawku trawy, gdzie leżały pontony i kamizelki ratunkowe, wszystko to brzmiało uspokajająco i zrozumiale, dopóki nie wspomniał o śmierci. Sądziliśmy, że żartuje, póki nie usłyszeliśmy szumu wzburzonej rzeki, ale wtedy nie było już odwrotu.
Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać na tym pierwszym spływie. W Ohiopyle, w stanie Pensylwania, nurt na Youghiogheny River osiąga III i IV poziom w skali trudności, zapewniając
ekscytujący spływ między głazami i progami skalnymi, wzburzonym, spienionym biegiem. Siedziałam na skraju czarnego pontonu, który przypominał gigantyczną, sflaczałą dętkę. Nie miałam się czego złapać. Wiosłując miarowo, nasza czwórka dopłynęła do kaskad, a kiedy się tam znaleźliśmy, miałam wrażenie, jakby ktoś włączył pralkę.
Rzeka wyrzucała nas w górę i w dół, w prawo i w lewo; wciągała ponton pod wodę i ciskała nim wysoko do góry. Usiłowałam wiosłować, ale wszystko wirowało mi przed oczami i nie byłam
pewna, czy moje wiosło znajduje się w wodzie czy w powietrzu. To była szalona, ekscytująca przygoda… dopóki nie wypadłam. W pierwszym momencie usiłowałam się podnieść i przytrzymać
kamienia. Łup! Bach! Au! No tak, przewodnik radził się odprężyć. Spróbowałam ustawić odpowiednio nogi i schować głowę, lecz bez większego powodzenia, bo w zimnej, spienionej rzece nie widziałam ani nawet nie czułam swoich stóp.
Szkła kontaktowe zwinęły mi się pod powiekami, więc nie miałam pojęcia, co się dzieje wokół mnie. Za duża kamizelka ratunkowa podjeżdżała pod uszy i co chwilę musiałam ją sobie ściągać na
ramiona. Wiosło porwał prąd. Trudno było wyczuć moment, kiedy na wzięcie oddechu. Wszędzie wokół widziałam tylko wodę. Nie mogłam zaczerpnąć powietrza bez połykania wody, więc
powiedziałam w duchu: „Boże, jeśli chcesz, żebym przeżyła, lepiej szybko coś wymyśl. Powierzam się Tobie”. W tym samym momencie poczułam, jak ktoś wyciąga mnie na wierzch. Ludzie z drugiego pontonu chwycili mnie za kamizelkę ratunkową i uratowali mi życie. Kiedy wypłynęliśmy na spokojniejsze wody, byłam już gotowa na więcej wrażeń.
Na ostatni spływ wybrałam się z grupą ludzi zbyt odważnych lub skąpych, żeby zorganizować przewodnika. Wynajęliśmy po prostu ponton i wypłynęliśmy na rzekę.
To był poważny błąd.
Pędziliśmy z nurtem na złamanie karku, celując w kamienie i kaskady, jakbyśmy rzucali im wyzwanie. Wypożyczyliśmy kamizelki ratunkowe i wyruszyliśmy na samotny podbój rzeki.
Zabraliśmy z sobą jedzenie i, dla bezpieczeństwa, liny. Ale nie było z nami nikogo, kto mógłby objaśnić, jak pokonać każdą z kaskad, albo ostrzec, których głazów unikać. W efekcie najpierw
przedarliśmy się przebojowo przez serię prądów, a potem wpadliśmy z impetem na skałę. Wielkości chevroleta.
Utknęliśmy na tej skale, nie mogąc się ruszyć choćby o milimetr, a wokół huczała spieniona woda.
Kiedy przenieśliśmy cały ciężar na jedną stronę, żeby ześlizgnąć się do rzeki, ponton wywrócił się do góry dnem. Silna fala wbiła mnie w skałę, przygniatając mi klatkę piersiową tak mocno, że
z trudem łapałam oddech. Pozostałym udało się w jakiś sposób wciągnąć mnie na górę. Tymczasem ponton dawno zniknął na horyzoncie.
Co teraz?
Dwóch przewodników innej grupy podpłynęło do nas kajakami. Kazali nam wskoczyć z powrotem do wody i pozwolić rzece nieść się z prądem. Myślałam, że żartują. Ale nie mieliśmy wyboru. W ich kajakach i na pozostałych pontonach nie było miejsca dla dodatkowych pasażerów. Moi przyjaciele, jeden po drugim, żegnali się z resztą, wyskakiwali i odpływali. W końcu zostałam sama. Przewodnik w kajaku przekonywał mnie, żebym wskoczyła do wody. Nie chciałam zejść z bezpiecznej skały, ale nie chciałam też dać się zatrzymać rzece – ani wtedy, ani kiedykolwiek.
W końcu przewodnik obiecał, że popłynie kajakiem za mną, więc pomodliłam się, a potem ześlizgnęłam ze skały i dałam się ponieść na spokojniejsze wody. Nigdy nie zapomniałam tego dnia.

Nauczyłam się wtedy, że czasem trzeba poświęcić bezpieczeństwo, które daje ci skała, by zyskać coś lepszego.

Czytałam kiedyś wywiad z pastorem Rickiem Warrenem, autorem książki The Purpose Driven Life („Życie świadome celu”). To, co powiedział, przypomniało mi o przygodzie na rzece:
Życie to pasmo problemów: albo akurat przeżywasz kłopoty, albo z nich wychodzisz, albo przygotowujesz się na kolejne. Dzieje się tak dlatego, że Boga bardziej interesuje twój charakter niż twoja wygoda. Bóg woli prowadzić cię do świętości niż do szczęścia.
Pastor opowiedział też o nauczce, jaką dostał w najpiękniejszym i najtrudniejszym roku swojego życia. Był to rok, w którym zarobił miliony dzięki swojej książce i zarazem rok, w którym jego żona zachorowała na raka.

Kiedyś myślałem, że życie składa się pagórków i dolin – na zmianę przedzierasz się przez mrok i trafiasz na szczyt. Ale już w to nie wierzę. Teraz życie nie przypomina mi serii dolin i wzgórz, a raczej dwie szyny toru kolejowego, bo w każdym momencie spotyka nas coś dobrego i coś złego.

Niezależnie od tego, jak wspaniale układa się twoje życie, zawsze jest w nim coś złego, co wymaga pracy. I niezależnie od tego, jak fatalnie wygląda sytuacja, zawsze jest w twoim życiu coś, za co możesz podziękować Bogu.

Kobieta ścigająca się w wyścigach NASCAR powiedziała kiedyś: „Życie jest jak tor wyścigowy.
To zakręty nadają mu znaczenie”. Łatwo jej mówić. Ona chodzi do pracy w kasku.
Niezależnie od tego, które wyjaśnienie przyjmiemy, życie to szalona, cudowna podróż. Panuje w nim chaos, później przychodzi spokój, a potem wszystko zaczyna się od nowa. Sekret polega na tym, żeby cieszyć się tą przejażdżką.

Każdą jej chwilą.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii REGINA BRETT

 

Najważniejszym organem płciowym jest mózg.

27 wrz

 

 

Zakochałam się w felietonach Reginy Brett. Co jakiś czas opublikuję na łamach mojego blooga jeden z jej jakże mądrych motywujących tekstów, które są bardzo bliskie memu sercu.

A oto jeden z nich:

 Moja przyjaciółka Sheryl chciała mnie poznać ze swoim przyjacielem.

– Nie chodzę na randki w ciemno – oświadczyłam.
– To tylko przyjęcie – odpowiedziała.
Nie powiedziała mi zbyt wiele o tym facecie. Nosi brodę, jest rozwiedziony, pracuje w public relations. To wszystko, co usłyszałam.
Gdyby dodała, że to palący agnostyk spod znaku Panny, wielbiciel jazzu, sushi i wielkomiejskiego stylu życia, który rzadko bywa w domu, nie miałby u mnie najmniejszych szans. W końcu ja jestem
niepalącą katoliczką, wegetarianką spod znaku Bliźniąt, która uwielbia muzykę country i małe miasteczka, a większość wieczorów spędza na kanapie. W teorii zupełnie do siebie nie pasowaliśmy.
Był rok 1992. Zdecydowałam się przyjść na to przyjęcie w ostatniej chwili. Sheryl przedstawiła mnie Bruce’owi… i od tego momentu nie mogliśmy przestać rozmawiać. Przesiedzieliśmy na kanapie wiele godzin. Bruce kochał swoją pracę i gorąco pragnął zmieniać świat na lepsze. Miał piękne, ciepłe brązowe oczy, które budziły we mnie poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie lśniły
podekscytowaniem. W tych oczach coś się kryło.
Zadzwonił następnego dnia i przegadaliśmy trzy godziny. Dowiedziałam się, że śpiewa pod prysznicem i płacze na filmach. Ale byłam ostrożna. Na jakiś czas odpuściłam sobie związki, od
niemal dwóch lat żyłam w celibacie. Kilka lat chodziłam na terapię, żeby uwolnić się od traumy z dzieciństwa.

 

Chciałam zerwać ze swoim schematem i przestać przyciągać niedostępnych mężczyzn, którym trudno przychodzi bliskość i zaangażowanie. Pragnęłam, żeby pokochał mnie ktoś, kto
zostanie ze mną na dłużej. Jak każda zraniona kobieta, marzyłam o kimś, kto nigdy mnie nie skrzywdzi, nigdy nie zawiedzie, nie odtrąci ani nie porzuci. To były nierealistyczne oczekiwania.

 

Nie wiedziałam, co myśleć o Brusie, więc na naszej pierwszej prawdziwej randce dałam mu trzy propozycje do wyboru: mogliśmy pójść do kina lub na kolację albo pojechać do miasta, w którym dorastał, i obejrzeć jego domy, szkołę i inne ważne dla niego miejsca, żebym mogła się o nim więcej dowiedzieć. On odwrócił kota ogonem i zaproponował, żebyśmy zwiedzili moje rodzinne miasto.
Jeździliśmy więc po dwunastotysięcznej Ravennie. Przejechaliśmy obok mojego domu, kościoła, szkoły podstawowej, gimnazjum, ogólniaka i wszystkich miejsc, w których kiedyś pracowałam.
Ostatnim punktem wyprawy był cmentarz, gdzie leżą pochowani moi dziadkowie. Siedzieliśmy w samochodzie, patrząc, jak sierp księżyca wschodzi na tle szkarłatnego nieba i nagich drzew. Bruce
powiedział, że ta chwila ze mną jest równie dobra jak seks. Zrozumiałam, że ten mężczyzna z całą pewnością różni się od wszystkich, z którymi dotąd się spotykałam.
Tej samej nocy wylądowaliśmy w restauracji, rozmawiając o tym, czego szukamy. Czy on planuje ponownie się ożenić? Czy ja w ogóle mam zamiar wyjść za mąż?

 

Zgadzaliśmy się co do jednego:
jeśli tak, to nie będziemy szukać męża ani żony, tylko partnera życiowego, najlepszego przyjaciela.

 

Tej nocy zaczęłam wierzyć, że miłość do mężczyzny ma sens. Bruce był błyskotliwy, zabawny i szczery. Dowiedziałam się, że jest żydem, ale w grudniu uwielbia śpiewać chrześcijańskie kolędy
przed kawiarniami. Że pokazuje dzieciom sekretny znak z Klanu urwisów, ma w salonie stosy książek, a dla właściwej osoby rzuciłby palenie.
Podobały mu się moje potargane, falujące włosy, chudy nos, dłonie i piegi. Pokazał mi zdjęcia swojej mamy, babci, synów i rodzeństwa. Wyjął nawet telefon komórkowy, wyłączył go
i powiedział:
– Nigdy tego nie robię.
Przysłał mi kasetę z balladami miłosnymi i jazzem na jednej stronie i swoimi ulubionymi piosenkami świątecznymi na drugiej. Powiedział, że nagrał ją, żeby mnie uwieść. Podziałało.
Wszystkie te miłe słowa i gesty sprawiały, że czułam się bezpiecznie. Cieszył się jak dziecko z naszych spotkań. Trzymał mnie za rękę i godzinami rozmawialiśmy, siedząc na kanapie. Było tak, jakby nocował u mnie najlepszy przyjaciel. Bruce został moim kumplem.
Do łóżka poszliśmy dopiero po Wielkiej Rozmowie. To był jego pomysł, nie mój. Kiedyś przegadaliśmy na kanapie całą noc. Pytał o moje poprzednie związki. Chciał poznać wszystkie okrężne i podziurawione drogi, które doprowadziły mnie do niego. On był żonaty przez piętnaście lat, a rozwiedziony od dwóch. Ja nigdy nie wytrzymałam dłużej niż rok z tym samym facetem. Miałam na
koncie trudną relację z ojcem i mnóstwo związków z mężczyznami przypominającymi mojego ojca, którzy mieli w dodatku trudne relacje z matką. Nienajlepsze połączenie. Bruce zażartował, że lubi kobiety z przeszłością. Roześmialiśmy się, a potem oboje płakaliśmy, kiedy ja opowiadałam, a on słuchał, jakim wyzwaniem będzie mnie pokochać. Tyle ran musiało się jeszcze we mnie zagoić. Przez całe życie nigdy nie poczułam się całkowicie bezpieczna emocjonalnie i fizycznie przy żadnym mężczyźnie. Ledwie uświadamiałam sobie własne potrzeby intymne. Dorastałam w przekonaniu, że kobieta ma służyć mężczyźnie i jeśli czerpie z tego jakąś przyjemność, to dobrze, a jeśli nie, to bez znaczenia.
Bruce zachęcał mnie, żebym była z nim absolutnie szczera, żebym powiedziała mu otwarcie, co lubię, a czego nie. Ale ja nie wiedziałam, co lubię, ani czego oczekuję od związku, bo nigdy nie
miałam okazji się nad tym zastanowić. Większość ludzi dorasta do swojej seksualności. Ale osobie takiej jak ja, molestowanej seksualnie w dzieciństwie i zgwałconej jako nastolatka, tożsamość
seksualna zostaje skradziona. Wtedy nie ma się szansy stopniowo dorosnąć. Kiedy ktoś narzuca ci własną seksualność, to hamuje twój rozwój. Dorosłe życie spędziłam, usiłując zadowolić mężczyzn, robiąc wszystko, czego – jak sądziłam – chcieli, ale nie miałam pojęcia, co sprawia przyjemność mnie samej.
Bruce nie chciał o tym słyszeć.

 

Powiedział, że najważniejsze w naszym związku to zbudować i utrzymać przyjaźń, a seks nie ma decydującego znaczenia. Nauczył mnie tej wspaniałej, odwiecznej prawdy: Przyjaźń jest na pierwszym miejscu. To dusza związku, wyjaśnił.

 

Zanim spotkałam Bruce’a, przyjaciółka z terapii zdradziła mi, że w Wielkiej Księdze Anonimowych Alkoholików znalazła również wskazówki odnośnie relacji damsko-męskich. Jej autorzy musieli
mieć poczucie humoru, bo porady seksualne znajdują się na stronie 69. Księga radzi, żeby zacząć od obrachunku osobistego: przyjrzeć się swoim urazom i lękom, ale także swojemu życiu seksualnemu, i zastanowić się, co się w nim sprawdzało, a co nie. A potem w porozumieniu z Bogiem wypracować
rozsądne rozwiązanie, które będzie odpowiednie właśnie dla ciebie.
Musiałam zawierzyć moją seksualność Bogu. Musiałam ujrzeć w seksie dar od Boga, który stworzył mnie wraz z moimi pragnieniami i namiętnościami. Musiałam zrozumieć i uwierzyć, że Bóg miał dość wyobraźni, żeby stworzyć mężczyzn, którzy mnie nie wykorzystają ani nie porzucą.
Seks musiał stanowić część czegoś większego, część związku. Tym razem tak właśnie było. Zanim przyszło co do czego, przegadaliśmy wiele godzin.

 

W pewnym momencie Bruce wskazał na swoją głowę i powiedział:
– Seks jest tutaj. Nie trzeba niczego udawać. Nie trzeba nikogo zadowolić. W seksie nie chodzi tylko o to, żeby osiągnąć orgazm – mówił. – To tylko wisienka na torcie. Na ciasto składają się inne
składniki. Zróbmy więc ciasto.

 

I zrobiliśmy. Minęło dziesięć lat, a my nadal świetnie się bawimy przy pieczeniu. Nasze życie seksualne nigdy nie opierało się wyłącznie na naszych ciałach. I dobrze, bo one zmieniają się
z czasem. Moje ciało zmienił rak. Po tym, jak usunięto mi piersi, potrzebowałam trochę czasu, żeby znów poczuć się seksowna. Bruce powtarzał mi, że mój mózg musi po prostu przystosować się do nowej sytuacji. Miał rację.

 

Jeśli chodzi o seks, najważniejsza strefa erogenna znajduje się między twoim prawym i lewym uchem.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii REGINA BRETT

 

Szwarrrrrgot

09 wrz

 

Dwukrotnie podchodziłam do nauki niemieckiego. Pomimo wielkiego wysiłku i zapału efekty były mierne. Przyczyna? Niemiecki źle mi się kojarzy historycznie, a to też utrudnia naukę. I nie oszukujmy się, że nie. Jak człowiek czegoś, nie lubi, to nie chce się tego uczyć. Niemiecki szwargot kojarzy się Polakom z komorami gazowymi, z przerabianiem ludzi na mydło, z robieniem sienników dla wojska z ludzkich włosów, a dopiero w dużo dalszej kolejności z poezją Goethego. Na domiar złego ma szpetne brzmienie – jest bardzo twardy i ciężki. Romantyzmu zawiera tyle ~ co komendy wojskowe. Subtelny jest jak kowadło. A precyzyjny owszem, ale jest to precyzja młotka trafiającego w palec, a nie pędzelka malującego miniaturę na skorupce przepiórczego jajeczka. Nie dziwota, że naród z takim językiem rozpętał dwie wojny światowe.

Niemiecki nadaje się świetnie do jednego – żeby kogoś porządnie skląć. A móc skląć w obcym języku to ważna umiejętność lingwistyczna, która buduje bezpieczeństwo  ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii przemyślenia

 

THE LAND OF THE FREE!

03 lip

 

`-Duszno mi. W aucie bez klimy chciałbym mieć porządny
przewiew …

-Zwyczajnie. Wybij tę szybę. Walnij gwoździem. Rozsypie się na kawałeczki i po kłopocie …

Pytam, ile mogę wypić wina, żeby mnie nie aresztowali za jazdę po pijaku.
-Aresztowali?! Pij, ile tylko chcesz, bylebyś potem jechał zgodnie z przepisami. Jeśli jedziesz prawidłowo, nikt nie ma cię prawa zatrzymać do żadnej kontroli. No chyba że byłaby obława na drogach.
To jest Ameryka, rozumiesz? Kraina ludzi wolnych, rozumiesz? Policja nie zatrzymuje obywatela do kontroli bez powodu, rozumiesz?
Zrozumiałem dopiero po jakimś czasie, a mechanik musiał mi to wyłożyć w szczegółach. Że zatrzymanie prewencyjne obywatela, który nic nie przeskrobał, jest poważnym przestępstwem ze strony policji. Ze żaden dowód przeciwko obywatelowi zdobyty przy nielegalnym zatrzymaniu nie może być użyty przed sądem. Że nie istnieją zatrzymania do rutynowej kontroli pojazdu. Że policja nie ma prawa bez nakazu zaglądać ci do bagażnika.
I tak dalej, i dalej…

**************************
Tego popołudnia zrozumiałem całą masę różnych rzeczy, ale przede wszystkim zrozumiałem, czym różni się Ameryka od reszty świata. The land of the free – kraina ludzi wolnych. Tak, wiem – Ameryka jest trochę dzika i trochę niepiśmienna, i z tych cech śmieją się kulturalne snoby w Europie, ale jednocześnie ta podstawowa filozofia leżąca u podstaw wszystkiego, co amerykańskie: The land of the free… jest fascynująca! Bycie wolnym oznacza, że mogę zignorować każdy śmiech na mój temat, każde pogardliwe spojrzenie lub złe słowo. Bycie wolnym myślą, mową, uczynkami i zaniechaniem., bycie wolnym do tego stopnia, że wybijam szybę, bo mi z nią duszno.
Urzekająca prostota rozwiązania z gwoździem pozwoliła mi zrozumieć, kim oni są. Ci wszyscy Amerykanie, trochę dzicy i trochę niepiśmienni.

***
Zachowałem sobie ten gwóźdź.
Kiedy przyjeżdżam do Europy, zanurzam dłoń w kieszeni i kłuję się nim w palec – żeby stale pamiętać: jesteś wolny, masz być wolny, masz obowiązek być wolny, zostałeś stworzony do wolności, nie ograniczaj swojego myślenia, horyzontów, poglądów, nie daj się stłamsić, uporządkować, znormalizować, zunifikować. Nie jesteś elementem statystyki – jesteś podmiotem. Nie daj się przestawiać ani ustawiać żadnej władzy, a gdyby … gdyby przyszli pod twój dom, masz pełne prawo gwoździem ich potraktować!`

4646372-cejrowski-1-643-385

Całym sercem jestem z Tobą Cejrowski … Ty już tę swoją wolność masz a ja jak narazie tylko o Niej marze z gwoździem w kieszeni … nie inaczej   ;-)

Dźgam się nim i Wam, moi drodzy, zalecam to samo – noście gwoździe w kieszeniach. Tak dla przypomnienia właściwego porządku rzeczy. Taki gwóźdź bardzo prostuje myślenie. Jest jak strzałka kompasu.   :lol:

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii cytaty

 

PODRÓŻ W GŁĄB SIEBIE … SKÓRA DUSZY

04 cze

 

`Dawno temu, w porze, która teraz przeminęła, lecz wkrótce powróci, każdy dzień wypełniało tylko białe niebo i biały śnieg, a małe czarne punkciki widoczne w oddali okazywały się ludźmi, psami albo niedźwiedziami.
W tych stronach nie żyje się za darmo. Wicher wieje tak silny, że
ludzie rozmyślnie zakładają parki i mamleki (wysokie buty z foczej skóry) odwrócone na druga stronę. Wymawiane słowa zamarzają w powietrzu, a żeby zrozumieć całe zdanie, trzeba je mówiącemu wyłamywać siłą spomiędzy warg i topić przy ogniu. Tutaj ludzie żyją pośród białych bujnych włosów starej Annuluk, naszej babki, prastarej czarownicy, która jest Ziemią.

I w tej to własnie krainie żył sobie człowiek …
tak samotny, że z biegiem lat łzy wyżłobiły na jego policzkach głębokie bruzdy.
Próbował się uśmiechać, być szczęśliwy. Polował. Zastawiał sidła, tropił zwierzynę, twardo sypiał. Ale brakowało mu ludzkiego towarzystwa.
Czasami, osiadłszy w kajaku na mieliźnie, patrzył na zbliżające
się foki i przypominał sobie, co mówią stare legendy — foki były kiedyś ludźmi, a teraz jedynym śladem po tym są ich oczy, w których widać te same spojrzenia, mądre, gorące, kochające. Czasami czuł tak wielki przypływ bólu i samotności, że łzy toczyły mu się po głębokich bruzdach na twarzy.

Pewnej nocy wyruszył na polowanie tuż po świcie, ale niczego nie znalazł. Kiedy księżyc podnosił się na niebie, a kry lodowe zalśniły w jego świetle, człowiek podpłynął do wielkiej skały na morzu, a jego bystrym oczom wydało się, że coś się na niej porusza z nieskończonym wdziękiem.
Płynął powoli, głęboko zanurzając wiosła, by znaleźć się bliżej.
Na szczycie skały wypatrzył grupkę tańczących dziewcząt, nagich jak w chwili narodzin. A że tak długo był samotny i po ludziach zostały mu tylko wspomnienia, zatrzymał się i patrzał. Kobiety wyglądały jak utkane z księżycowego mleczka, ich skóra migotała srebrnymi kropelkami jak łososie na wiosnę, a ich stopy i dłonie były smukłe, długie i piękne.
Tak niezwykłej urody były te dziewczęta, że usiadł oniemiały w łodzi, a woda uderzała o burtę, coraz bardziej przysuwając go do skały.
w Słyszał śmiech tych pięknych istot … tak przynajmniej sądził, choć może to woda się śmiała, rozbijając się o urwisko. Był zmieszany i olśniony.
W dziwny sposób poczucie osamotnienia, które ciążyło mu na piersiach jak mokra skórzana odzież, opuściło go i bez namysłu, jakby tak właśnie miało być, wyskoczył na skałę i zabrał jedną z foczych skór, które tam leżały. Ukrył się za występem skalnym i schował skórę za qutnguq (parka).
Wkrótce jedna z kobiet zawołała głosem tak pięknym, jakiego dotąd nie słyszał .. zupełnie jak wieloryby śpiewające o świcie … nie, raczej jak małe wilczki baraszkujące wiosną… nie, ten głos był jeszcze piękniejszy,
ale to nieważne, bo … co one robią?
A one zakładały na siebie focze skóry i jedna za druga zsuwały się do morza, piszcząc i wołając radośnie. Oprócz jednej. Najwyższa z dziewcząt szukała wszędzie swojej skóry, lecz nigdzie jej nie było. I wtedy mężczyzna poczuł się ośmielony. Wyszedł zza skały i odezwał się:
— Kobieto… zostań moja żoną. Jestem taki samotny …
— Nie, nie mogę być niczyją żoną — powiedziała. — Nie jestem
z twego rodu, jestem z rodu tych, co żyją temeqvanek — pod wodą.
— Zostań moją żoną — nalegał mężczyzna. — Po siedmiu latach oddam ci focza skórę i zrobisz, jak zechcesz, odejdziesz albo zostaniesz.
Dziewczyna-foka przyglądała się długo jego twarzy oczami, które
wbrew jej pochodzeniu wydawały się ludzkie. Niechętnie odrzekła:
— Dobrze, pójdę z tobą. Po siedmiu latach zdecyduje, co robić.

Po jakimś czasie urodziło im się dziecko, które nazwali Uruk. Był to chłopczyk gibki i pulchny. W zimie matka opowiadała mu baśnie o podwodnych stworzeniach, podczas gdy ojciec strugał mu nożem niedźwiadki i wilki. Kiedy matka kładła Uruka spać, pokazywała mu przez otwór w suficie obłoki o różnych kształtach. Jednak nie widziała w nich kruków, niedźwiedzi ani wilków, lecz morsy, wieloryby, foki i łososie, bo te stworzenia dobrze znała.
Z biegiem czasu jej ciało zaczęło wysychać. Najpierw zwiotczało,
potem zaczęło się kruszyć. Łuszczyła się skóra na powiekach. Wypadały włosy na głowie. Stała się naluaa — blada, prawie biała. Kiedyś tak krągła, schudła straszliwie. Usiłowała ukryć, że kuleje. Z każdym dniem jej wzrok się pogarszał. Musiała wyciągać ręce, by znaleźć drogę, bo prawie nic nie widziała.

I tak było, aż pewnej nocy Uruka obudził krzyk i chłopiec usiadł na futrzanym posłaniu. Ktoś ryczał niczym niedźwiedź — to jego ojciec wymyślał matce. Usłyszał też płacz, jakby srebrny pręt uderzał o kamień.
To płakała jego matka.
— Siedem długich lat temu ukryłeś moja foczą skórę, idzie już na
ósmą zimę. Chce, żebyś mi zwrócił to, z czego jestem zrobiona — płakała kobieta-foka.
— Jeśli ci ją oddam, to zostawisz mnie, kobieto — grzmiał mąż.
— Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że muszę mieć to, do czego
należę.
— Zostanę bez żony, a chłopiec bez matki. Jesteś złą kobietą.
To mówiąc, mąż zerwał zasłonę z drzwi i zniknął w ciemności nocy.
Chłopiec bardzo kochał matkę. Bał się ją stracić i płakał tak długo, aż zasnął z wyczerpania. Obudził go wiatr. Dziwny to był wiatr; zdawało się, że woła jego imię:
— Uuuuruk, Uuuuruk.
Wstał z posłania i ubrał się tak pospiesznie, że założył parkę na
odwrotną stronę, a mukluki (buty z foczej skóry) wciągnął tylko do połowy. Wciąż słysząc swe imię, wyszedł w rozgwieżdżoną noc.
— Uuuuruk.
Pobiegł na skalne urwisko i patrząc stamtąd na morze, daleko pośród wzburzonych fal na morzu zobaczył olbrzymią, kudłatą srebrzystą fokę … z wielką głową, z wąsami do piersi i żółtymi oczami.
— Uuuuruk.
Chłopiec spuścił się w dół po skale i poczuł pod stopami jakiś
kamień … nie, to tobołek, który wytoczył się ze skalnej rozpadliny.
Włosy chłopca opadły na twarz tysiącem zlodowaciałych kosmyków.
— Uuuuruk.
Chłopiec rozerwał tobołek i wytrzasnął jego zawartość — to była
focza skóra jego matki. Poczuł jej zapach. A kiedy tulił skórę do twarzy i wdychał jej woń, dusza skóry zaczęła w nim trzepotać niczym letni powiew wiatru.
Zapłakał z bólu i radości i znów uniósł skórę do twarzy, i znów dusza matki przeszła przez jego dusze. Płakał, bo przepełniła go bezbrzeżna miłość do matki.
A stara srebrzysta foka w oddali zanurzyła się z wolna pod wodę.
Chłopiec wspiął się na urwisko i pobiegł do domu; focza skóra
powiewała za nim, kiedy wpadł jak burza do domu. Matka podniosła go na rękach razem ze skórą i przymknęła oczy, wdzięczna losowi, że oboje są bezpieczni.
Zaczęła się ubierać w skórę.
— Matko, nie! — zakrzyknął chłopczyk.
Przygarnęła go, otoczyła ramieniem i kulejąc, biegła w stronę wzburzonego morza.
— Mamo, nie zostawiaj mnie!
Widać było, że pragnie zostać przy dziecku, chce tego, ale coś ją
wzywało, coś starszego, potężniejszego od niej, od niego, od czasu.
— Mamo, nie! — odwróciła się do niego z wyrazem bezbrzeżnej,
tragicznej miłości w oczach. Ujęła w dłonie jego głowę i tchnęła słodki oddech w jego płuca, raz, drugi, trzeci. I trzymając go pod pachą jak cenny tobołek, zanurkowała w morze, w dół, głęboko, a pod wodą oddychali lekko i swobodnie.
Płynęli przez głębiny, aż dotarli do podwodnej groty fok, gdzie
przeróżne stworzenia śpiewały i jadły, tańczyły i rozmawiały, a olbrzymia stara foka, która nocą wołała Uruka, objęła go i nazwała wnukiem.
— Jak ci się wiedzie tam na górze, córko?
Kobieta-foka spojrzała w bok i rzekła:
— Skrzywdziłam człowieka, mężczyznę, który dał mi wszystko, co miał. Ale wrócić do niego nie mogę, bo zostałabym jego więźniem.
— A chłopiec? — spytał stary. — Mój wnuk? — Jego głos drżał
z dumy, gdy to mówił.
— On musi wrócić, ojcze. Nie może tu zostać z nami. Jeszcze
nie przyszedł jego czas. — I zapłakała, a po chwili płakali wszyscy razem.
Minęło tak kilka nocy i dni, dokładnie siedem, a w tym czasie blask powrócił we włosy i oczy kobiety-foki. Nabrała rumieńców, jej wzrok się poprawił, ciało odżyło, pływała z wielką gracją. Wreszcie przyszedł czas, by chłopiec wrócił na ląd. Tej nocy dziadek i piękna matka chłopca popłynęli, trzymając go między sobą. Wypłynęli na powierzchnie.
Łagodnie umieścili Uruka na skalistym brzegu w promieniach
księżyca.
Matka zapewniała go:
— Zawsze będę z tobą. Dotknij tylko, czego ja kiedyś dotykałam,
moich patyków do krzesania ognia, mego ulu (noża), kościanych wydr, fok, które dla ciebie wyrzeźbiłam, wtedy tchnę oddech w twoje płuca, byś mógł wyśpiewać swe pieśni.
Stara srebrzysta foka i jej córka ucałowali dziecko wiele razy.
Wreszcie oderwali się od niego, odpłynęli w morze i rzuciwszy na
chłopca ostatnie spojrzenie, znikli w kipieli fal. A Uruk został, bo jego czas jeszcze nie nadszedł.
Z biegiem czasu chłopiec wyrósł na znaczącego bębniarza, pieśniarza i gawędziarza, a ludzie powiadali, że to wszystko dlatego, że w dzieciństwie, potężne focze duchy wywiodły go w morską głębinę. Potem często widywano go, jak w szarej porannej mgle, uwiązawszy kajak, klęczał na morskiej skale i rozmawiał z focza samicą, która często pojawiała się na brzegu. Choć wielu na nią polowało, nikomu nie udało się jej złowić. Nazywają ją Tanqigcaq (jasna) i mówią, że chociaż jest
foką, w jej oczach widać ludzkie spojrzenie, mądre, gorące i kochające.`

 

foka

 

Ta opowieść to wyższa szkoła jazdy, wymaga spojrzenia głębiej w swoją duszę.

Dusza. Niezbyt chętnie używane słowo, prawda? Zbyt mocno kojarzy się z religią, ponadto w mocno zracjonalizowanej kulturze zachodniej wszystko co nie jest jasne, logiczne, ściśle odmierzone i odważone może wydawać się podejrzane.

Dlatego właśnie spojrzenie wgłąb siebie i zadbanie o swoją duszę wydają się takie trudne. Czytając to o czym pisze dr Estes, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś tę opowieść czytałam i to nie raz, tylko w innej wersji. Ale o tym na samym końcu.

Motyw opuszczenia domu w krainie sił nadprzyrodzonych i zejścia na ziemię pojawia się we wszelkich mitologiach od niepamiętnych czasów, motyw ukrycia prawdziwej natury pod postacią zwierzęcia znamy z wielu legend z całego świata. Baśnie o zwierzętach tajemniczo spokrewnionych z ludźmi opowiada się na całym świecie, bo przekazują one archetypową, uniwersalną wiedzę o duszy. Czasem baśnie i opowieści ludowe tkwią korzeniami w duchu konkretnego miejsca, szczególnie bliskiego duszy. Baśń, którą przytoczę, powstała w zimnych krajach Północy, a opowiada się ją wszędzie tam, gdzie jest lodowate, zamarzające morze lub ocean. Jej różne wersje spotykamy u Celtów (np. Szkotów), plemion Indian Ameryki Północnej, na Syberii i w Islandii. Opowieść zwykle nazywa się Dziewczyna-foka, Selkie-o, Pamrauk, Mała Foka albo Eyalirtaą, Ciało Foki. U różnych ludów świata, nie wyłączając mieszkańców regionów okołopolarnych i zachodniej Afryki, spotykamy wierzenie, że człowiek dopóty nie może zacząć prawdziwego życia, dopóki jego dusza nie zrodzi ducha, dopóki go nie wychowa, nie wykarmi, nie napełni siłą. Według tych wierzeń dusza powraca potem do swego dawnego, dalekiego domu, a duch zaczyna samodzielne życie w świecie.

FOKA JAKO SYMBOL DUSZY

Aby zrozumieć dlaczego foka ma taką a nie inną symbolikę trzeba najpierw przyjrzeć się życiu tego zwierzęcia. Jest stworzeniem wodnym, to oznacza, że na co dzień obcuje z wodą symbolizującą uczucia i nieświadomość. Na brzeg wychodzi tylko po to by urodzić i wychować młode. Cały proces zajmuje około dwóch miesięcy, po tym czasie pielęgnowane troskliwie małe foki są gotowe by żyć samodzielnie. Ludzie żyjący w pobliżu tych zwierząt twierdzą, że foki są z natury łagodne, ufne i przystępne, łatwo się przywiązują, ale potrafią też szybko wyczuć niebezpieczeństwo i oddalić się z niebezpiecznego miejsca albo obronić przed atakiem przeciwnika.

Zdarza się i tak, że foka, która nie jest oswojona z ludźmi, tak jak w baśni pada ich ofiarą. Podobnie jest w życiu, chyba każdy z nas miał nieszczęście trafić w życiu na myśliwego, zabijającego w nas coś dla nas bardzo cennego, czy to uczucie, czy plany na przyszłość, czy zaufanie oraz wiarę w ludzi, i oddalającego się potem z trofeum. Dzieje się tak, bo zazwyczaj myśliwy pojawia się zupełnie niespodziewanie, często w przebraniu ekologa, a my albo nie mamy jeszcze doświadczenia, albo nasz instynkt jest przytępiony i wpadamy w jego sidła. Te, które pozwoliły się w ten sposób ograbić, nie są złe. Nie weszły na złą drogę. Nie są głupie. Brakuje im natomiast doświadczenia albo popadły w coś w rodzaju psychicznej drzemki. Pomyłką byłoby przypisywać taki stan tylko osobom młodym wiekiem. Może on się przytrafić każdej, niezależnie od wieku, przynależności etnicznej, wykształcenia i nawet dobrych intencji.

Jeżeli proces inicjacji, który zapobiega psychicznemu i emocjonalnemu okradaniu nas, przebiega prawidłowo, to potrafimy wytropić i unieszkodliwić przeciwnika wewnątrz i na zewnątrz siebie. Problem pojawia się jednak jeżeli nie ma nikogo, kto by nas w tę inicjację wtajemniczył albo osoba ta sama nie jest wystarczająco dobrym nauczycielem, bo sama nie zakończyła jeszcze tego procesu. W takiej sytuacji etap kradzieży będzie się powtarzał. Ponieważ matrylinearne linie inicjacji — starsze kobiety wpajające młodszym pewne psychiczne fakty i procedury ważne w życiu kobiety — w przypadku bardzo wielu kobiet nie istnieją, zostały zakłócone lub zerwane, więc prawdziwym błogosławieństwem jest archeologia baśni, z których możemy czerpać nauki. Wszystko, co można wydobyć z ich głębokiej mądrości, jest echem wrodzonych wzorców najbardziej integralnych psychicznych procesów kobiety. Pod tym względem baśnie i mity są wtajemniczającymi mędrcami, którzy uczą swoich następców.

UTRATA SKÓRY

Czy w tę pułapkę trzeba koniecznie wpaść? Oczywiście nie, ale nawet utrata wolności nie oznacza końca, wręcz przeciwnie, w wielu baśniach (Sinobrody, Roszponka, Narzeczona Diabła, Kwiat Dzikiej Róży) jest momentem, kiedy zaczynamy patrzeć z szerszej perspektywy i odkrywać głębsze warstwy. Z początku nieświadomi swojej siły, jesteśmy zmuszeni ją odkryć i ujawnić na zewnątrz.

Skóra jest symbolem harmonii z samą sobą i wewnętrznej spójności oraz kontaktu ze swoją pierwotną naturą. Zrzucenie jej wystawia nas na niebezpieczeństwo ataku ze strony źle wpływających na nas uczuć i ludzi, bo podobnie do skóry fizycznej chroni tę delikatną warstwę nas przed zagrożeniami. Zdjęcie jej na dłużej powoduje utratę kontaktu z własnym wnętrzem i wyczerpanie. Tak jak na fizycznej skórze zdarzają się zadrapania, tak my możemy czasami na skutek wielu zdarzeń stracić kontakt ze swoim własnym głosem. Nie jest to tragiczne w skutkach, jeżeli zdamy sobie z tego sprawę i zaczniemy przeciwdziałać, na psychice, podobnie jak na skórze fizycznej, rany goją się po usunięciu źródła zatrucia i opatrzeniu ich. Najbardziej zabójczym jest dla nas zaprzestać wsłuchiwać się w to, co mówi nasze wnętrze. Co jakiś czas tracimy poczucie, że jesteśmy całkowicie we własnej skórze, za sprawą czynników już omawianych, a także długotrwałego zniewolenia. Zagrożone są także kobiety, które zbyt długo i bez wytchnienia ciężko pracują. Skóra duszy zanika, kiedy przestajemy zauważać to, co naprawdę robimy, a zwłaszcza, kiedy nie zauważamy, jaką płacimy za to cenę. Tracimy skórę duszy, pozwalając, by zawładnęło nami ego, kiedy jesteśmy zbyt wymagające i pedantyczne, kiedy bez potrzeby stajemy się męczennicami lub kiedy popycha nas ślepa ambicja. Tracimy skórę duszy, kiedy jesteśmy niezadowolone z siebie lub rodziny, ze środowiska, z kultury czy ze świata — i nic w tej sprawie nie mówimy, nie robimy, a także wtedy, gdy udajemy, że jesteśmy
niewyczerpanym, niezastąpionym źródłem dla innych i nie robimy nic dla siebie. Skórę duszy można stracić na tyle sposobów, ile jest kobiet na świecie.

Naturalną potrzebą każdej istoty jest powrót do domu, gdzie czuje się spokojnie i bezpiecznie. Z psychiką jest dokładnie tak samo, bez regularnego powrotu do „swojego” miejsca przestaje się regenerować. Wiele osób (na szczęście) bije na alarm, że ginie naturalne środowisko i kolejne gatunki zwierząt, ale mało kto zwraca uwagę na to, że ginie również psychika. Nie pomoże jej ani wyjazd z miasta na krótki urlop ani rozdawanie siebie potrzebującym, którzy domagają się naszej uwagi czy pocieszenia. Jakkolwiek dziwnym może się to wydawać, trzeba założyć swoje własne konto wpłat i wypłat energetycznych. Kiedy poświęcamy czas, energię, uwagę czy troskę, oddajemy jakąś część siebie, a zatem wypłacamy „walutę” z naszego konta energetycznego. Jeżeli będziemy tak wypłacać i nie doładowywać konta, to prędzej czy później nieuchronnie narobimy sobie debetu.

W baśni dziewczyna-foka traci skórę podczas tańca, gdy zapamiętuje się w przyjemności i traci czujność. W takim stanie podejmujemy błędne decyzje, czy będzie to zbyt wczesny ślub i założenie rodziny, czy porzucenie czegoś bardzo dla nas ważnego w imię doraźnych, często finansowych korzyści, czy inny wybór, który sprawia, że czujemy się przytłoczeni. Tracimy wtedy mechanizmy psychiczne, które każą nam zatrzymać się i spojrzeć uważnie na sytuację, tak jak skóra reaguje na zmianę temperatury „gęsią skórką” i unoszeniem się włosów. Utrata skóry jest równoznaczna z utratą osłony, ciepła własnego ciała, systemu ostrzegania, instynktownego postrzegania. Jeśli kobieta jest psychicznie pozbawiona skóry, to zaczyna szukać tego, co tylko wydaje jej się dobre, a nie tego, czego naprawdę potrzebuje. Brak skóry sprawia, że idzie za tym, co robi wrażenie najsilniejszego, niezależnie, czy jest to dla niej dobre czy nie. Radośnie podskakuje, nie rozgląda się wokół. Zamiast traktować życie poważnie, obraca wszystko w żart, zbywa śmiechem, odkłada na potem. Uchyla się przed następnym krokiem, przed konieczną głęboką refleksją, czeka tak długo, aż coś się wreszcie wydarzy.

We współczesnej cywilizacji, która nie honoruje rytmu wewnętrznych cykli tę skórę zgubić jest bardzo łatwo. Nasza psychiczna skóra powinna tworzyć się już w dzieciństwie, dzięki pomocy rodziny czy nauczycieli objaśniających świat, pomagających się w nim poruszać i uczących stale stawiać pytania: ‘na czym to polega?’, ‘co kryje się wewnątrz?’, ‘co stanie się jeżeli to zrobię?’, ‘jak to wpłynie na innych?’. Wielu z nas nie może na to liczyć i taką skórę wytwarzamy sobie sami z biegiem życia, jednak nawet jeżeli skóra ukształtuje się prawidłowo w dzieciństwie, to od początku narażona jest na ataki ze strony otoczenia czy to osób z rodziny, czy z instytucji, czy z (pop) kultury. Zgubienie skóry to jeszcze nic straconego, trzeba ocknąć się z letargu i narzucić ją na nowo, inaczej będzie się szło przez życie bez ochrony. Choć można próbować się ustrzec przed ponowną kradzieżą, zaszywając się w skórę, bardzo niewiele kobiet osiągających pełnoletność ma na sobie więcej niż parę skrawków pierwotnej, nienaruszonej skóry. Na czas tańca odkładamy ją na bok. Uczymy się świata, ale skórę tracimy. Potem okazuje się, że bez niej zaczynamy usychać. A ponieważ większość kobiet wychowano tak, by znosiły to ze stoickim spokojem, jak ich matki przed nimi, więc nikt nie zauważa, że następuje powolna śmierć, aż pewnego dnia …

Mężczyzna – myśliwy reprezentuje w baśni ego. Ego jest najłatwiej zauważalnym elementem ludzkiej psychiki, najwcześniej się ujawniającym (na dziecięcym etapie rozwoju zaznacza się tylko nasze “ja”) i niezbędnym do zaznaczenia swojej obecności w świecie. Problem w tym, że ego jest i pozostanie właśnie na etapie rozwoju dziecka. Ma tendencję do zawłaszczania psychiki i zmniejszania wpływu innych jej aspektów na nasze zachowanie, domaga się stanowczo całej uwagi oraz energii człowieka, a to prowadzi do tego, że stajemy się głusi na głos podświadomości oraz Wyższego Ja. Ego jest krótkowzroczne, “leci” na to co szybkie, łatwe, olśniewające i pozwalające mu stać na piedestale. Bez dobrego prowadzenia ze strony dojrzalszych i mądrzejszych osób, przez całe dzieciństwo, młodość, a także często lata dorosłe jesteśmy skazani na dyktat ego nad naszym życiem. Dopiero w późniejszym wieku u części osób (bo z całą pewnością nie u wszystkich) zaczyna świtać, że jest coś więcej, coś głębiej, coś subtelniejszego, co od zawsze próbuje skomunikować się z naszą świadomością i poprowadzić nas poprzez nią przez życie. Mimo całego szacunku dla buddyzmu, nie sądzę, że trzeba się ego całkowicie pozbywać, jest przecież częścią naszej psychiki i nie da się go wyciąć z chirurgiczną precyzją, wszelkie gwałtowne operacje na psychice kończą się fatalnie. Sądzę, że ego należy po prostu zaprowadzić na plac zabaw, gdzie jest jego miejsce i trzymać je z daleka przy podejmowaniu ważnych życiowych decyzji. Można od czasu do czasu pozwolić mu zamanifestować się przy mniej ważnych sprawach, kiedy nie jest to szkodliwe dla nas ani innych ludzi, ale nie wolno mu oddawać władzy nad psychiką ani kontroli nad naszym życiem. Nie wolno oddawać mu naszej psychicznej skóry. Żadne zdrowe zwierzę nie rzuca się samo w kierunku myśliwego. Wyobraźmy sobie ego na stałej, stosunkowo krótkiej smyczy. Nie może przekroczyć pewnej granicy co do wglądu w tajemnice życia i ducha. Zwykle opanowuje je strach. Ma brzydki zwyczaj kwitowania sfery duchowej obojętnym: „To nic, tylko.. .” Potrzebuje faktów dających się obserwować. Świadectwa natury uczuciowej lub mistycznej nie przemawiają do ego. Dlatego jest osamotnione. Jego wewnętrzne struktury są ograniczone, nie może w pełni uczestniczyć w tajemniczych procesach duszy i psychiki. Ale samotny mężczyzna tęskni za duszą, mętnie rozpoznaje dzikość i duchowość, kiedy są w pobliżu.

W baśni myśliwy chce aby dziewczyna-foka zamieszkała z nim. Tak samo ego jest ciekawe duszy, ale chce ją zagarnąć dla własnych potrzeb, nie szanuje jej odrębności i nie próbuje nawiązać z nią prawdziwej relacji. Ego jest wewnętrznie puste, szuka czegoś głębokiego co je wypełni choć na chwilę, a kiedy ta chwila zgaśnie, odrzuci je i poszuka czegoś nowego. Nie ma się co łudzić, ego nie nadaje się do rozwijania relacji opartych na szacunku oraz wierności. Zawsze będzie samotne i zawsze będzie głodne interakcji, aby pożywić się na tym czego samo nie posiada. Pozwolenie na to by ego kierowało naszym zachowaniem jest bardzo niebezpieczne. To z tęsknoty za duszą ego kradnie skórę. „Zostań ze mną”, szepcze. „Uczynię cię szczęśliwą — izolując cię od twojej duszy i cykli powrotu do prawdziwego domu. Uczynię cię bardzo, bardzo szczęśliwą. Proszę, zostań”.

Trzeba przygotować się na to, że ogromna ilość, jeżeli nie większość osób, które spotykamy, egzystuje tylko na poziomie ego.

Dusza może dać się zwieść (i najczęściej tak właśnie robi), ale nie ma szans nie tylko na to, żeby rozkwitnąć, ale także by zachować swój pierwotny kształt. Dziewczyna-foka zaczyna usychać, kiedy zamieszkuje na lądzie. Jej umysł może się podporządkować ograniczeniom, ale ciało nie słucha logiki i słabnie. Ile razy dokładnie tak samo dzieje się tak w naszym życiu? Tkwimy w pracy czy związku, chociaż nasze ciało wyraźnie daje nam do zrozumienia, że nie jest to dla nas dobre? Większość przypadków kobiecych depresji, marazmu i zagubienia wynika z rygorystycznego ograniczania życia duchowego, w którym nie ma miejsca na innowacje, natchnienie, tworzenie. Kobiety posiadają ogromną siłę twórczą dającą potężne impulsy do działania. Nie możemy nie dostrzegać faktu, że w dzisiejszym świecie wciąż zdarzają się „kradzieże” i krępowanie talentów kobiet będące konsekwencją kulturowych sankcji i kar za naturalne, dzikie instynkty. Możemy wyrwać się z tego stanu, jeśli mamy dostęp do podziemnej rzeki lub choćby malutkiego źródełka bijącego ze świata ducha w nasze życie. Ale jeśli oddalona od domu kobieta poddaje się całkowicie, to stanie się jak mgła, jak opar, wreszcie jak cień dawnej, dzikiej jaźni.

Zazwyczaj nie zauważamy całego tego procesu i ignorujemy objawy, aż w końcu choroba jest tak zaawansowana, że uziemia nas i ogranicza nasze codzienne funkcjonowanie. Jesteśmy głusi na głos podświadomości, bo ego każe nam robić coś wbrew sobie aby uzyskać akceptację i poklask otoczenia. Obrazowo pisze o tym dr Estes przytaczając anegdotę swojego wuja Vilmosa, którą opowiadał gdy rodzice nadmiernie strofowali dzieci. Otóż mężczyzna zlecił krawcowi uszycie garnituru. Gdy był już gotowy i mierzył go, okazało się że marynarka jest nieco nierówna na dole. Jednak krawiec nie przejął się tym zbytnio i poradził aby klient przytrzymał krótszy koniec ręką. Kiedy ten tak postąpił, zauważył, że klapa trochę odstaje. Niezrażony tym krawiec zasugerował, żeby klient przekręcił głową i przytrzymał ją podbródkiem. Mężczyzna tak uczynił, jednak okazało się, że szew w spodniach jest zbyt ciasny i uwiera go w kroku. Na to krawiec odparł, że może przytrzymać je drugą ręką. Klient zapłacił i odszedł. Kiedy kuśtykał do domu trzymając się zaleceń krawca, zobaczyli go dwaj mężczyźni grający w parku w szachy. Jeden z nich westchnął żałując biednego kaleki, a drugi skomentował: Tak, rzeczywiście ledwo idzie, ale gdzie on dostał taki garnitur? 
Na pewno wszyscy znamy to uczucie, kiedy serce nam pęka, ale na zewnątrz trzymamy fason i uśmiechamy się jak do kamery. Reakcja drugiego staruszka trafnie odzwierciedla powszechną społeczną postawę wobec kobiety, która wypracowała sobie nienaganną personę, ale musi się okaleczać, by ją utrzymać. Owszem, jest kaleka, ale popatrzcie, jak ładnie wygląda, jakaż z niej dobra, przykładna, znająca swe miejsce pani. Nawet kiedy usychamy i kulejemy, staramy się funkcjonować normalnie i stwarzać pozory, że trzymamy wszystko w garści, że dajemy sobie radę, że wszystko w porządku. Czy to skóry duszy nam brakuje, czy też skóra narzucona przez kulturę na nas nie pasuje, skazujemy się na kalectwo, udając, że jest inaczej. Ale robiąc to, zawężamy nasze życie i płacimy wysoką cenę.

A ponieważ lekceważymy zagrożenie i zazwyczaj tłumaczymy sobie racjonalnie, dlaczego musimy trwać w chorej sytuacji (“bo mam dzieci”, “bo trzeba jakoś zarabiać”, “bo mam kredyt do spłacenia”), to zazwyczaj wyrywa nas z niej dopiero jakieś nagłe wydarzenie, kiedy już jesteśmy tak wycieńczeni, że nie możemy normalnie egzystować. W baśni to głos starca wołający znad morza.

DUCHOWE DZIECKO I GŁOS ZNAD MORZA

Mimo, że dusza nie czuje się z ego szczęśliwa, z ich związku może narodzić się dziecko – świadomość zdolne jako psychopompost do pośredniczenia między jednym a drugim, bo samo jest częścią obojga. To dziecko jest w stanie usłyszeć wewnętrzny głos psychiki wzywający do powrotu do domu i życia w rytmie cykli, zwraca w ten sposób duszy jej skórę. To właśnie dziecko zrywające się ze snu, wychodzące w ciemną wietrzną noc nad wzburzone morze sprawia, że czujemy pewność: „Bóg mi świadkiem, pójdę tą drogą”, „Wytrwam”, „Nie dam się odwieść”, „Znajdę sposób, by iść dalej”. To właśnie dziecko przynosi matce jej foczą skórę, skórę duszy. To dziecko umożliwia matce powrót do domu. Dziecko to siła duchowa, która pobudza nas do kontynuowania ważnej pracy, odpierania przeciwności, dokonywania zmian w życiu, ulepszania społeczeństwa, włączania się w działalność na rzecz równowagi w świecie … dzięki powrotom do domu. Jeśli chcemy mieć udział w tych rzeczach, to wpierw muszą nastąpić trudne zaślubiny ego z duszą, a duchowe dziecko musi zostać powołane do życia. Najdonioślejszym celem jest naprawienie błędów i powrót do domu.

To dziecko jest w stanie sforsować tamy i mury stawiane w naszej psychice od niepamiętnych czasów, może pomóc nam się otworzyć nawet jeżeli sądziliśmy, że jesteśmy na zawsze zamknięci. W naszym życiu może wiele się dziać, możemy czuć się przytłoczeni i oniemiali, ale tak długo jak to dziecko jest w stanie usłyszeć głos dobiegający znad morza – naszej podświadomości, tak jesteśmy bezpieczni i nie pozwolimy świadomości zasnąć na dobre. Dziecko nie tylko słyszy głos, ale odpowiada na to wołanie, wychodzi z domu i znajduje skórę matki, bo reprezentuje pierwotny stan, niezmieniony jeszcze przez kulturę. Nie boi się śniegu, lodu i zimna, nie jest jeszcze świadome ryzyka – gdyby było świadome, nie wyszłoby z domu. Często niepokojowi kobiety towarzyszy rozdrażnienie i poczucie, że wszystko albo ją przytłacza, albo jest niedosięgłe. Czuje się zagubiona — mniej lub bardziej — bo za długo była oddzielona od domu. To dobrze, że ma takie odczucia. One komunikują: „Przyjdź natychmiast”. Uczucie rozdarcia pojawia się, kiedy — świadomie lub nie — dobiega nas głos wzywający do powrotu i nie możemy mu odmówić, nie narażając się na krzywdy.

Dziecko wędruje nocą, co oznacza odwagę wkroczenia w nieznane. Potrafi poruszać się w ciemnościach, jego wewnętrzny wzrok odziedziczony po podświadomości wskazuje drogę. Aby zobaczyć światło, trzeba przebrnąć przez ciemną noc duszy. Wszystkie te motywy związane z poruszaniem się w ciemności zawierają odwieczne przesłanie brzmiące: „Nie bójcie się niewiedzy”. W różnych fazach życia jest ona naturalna. Baśnie i mity dodają odwagi, by iść za wołaniem, nawet jeśli nie ma się pojęcia dokąd, w jakim kierunku ani na jak długo. Wiemy tylko, że tak jak dziecko w baśni musimy zerwać się z posłania, wstać i pójść. I nawet jeśli przez jakiś czas brniemy po omacku, starając się dowiedzieć, co nas wzywa, to sam fakt, że mimo wszystko wychodzimy, niechybnie zaprowadzi nas do foczej skóry. A kiedy zaczynamy oddychać jej wonią, automatycznie czujemy: „To właśnie to. Teraz wiem, czego potrzebuję”.

Do domu idzie się w samotności i to jest kolejna blokada, bo po wiekach egzystowania we wspólnotach mamy wdrukowane w umysłach przekonanie, że bez innych ludzi, rodziny/partnera/dzieci/przyjaciół nic nie znaczymy. Większość tradycyjnych form spędzania wolnego czasu jest nastawiona na kolektywność. Kiedy zostajemy sami, często w pierwszej chwili dopada nas strach, ale kiedy pokonamy tę przeszkodę okazuje się, że samotne spędzanie czasu wcale nie jest takie złe. Ba, okazuje się być bardzo wzbogacające. Samotność nie wiąże się z brakiem energii i działania, jak się niektórym zdaje. Jest raczej darem i błogosławieństwem, jakim obdarza dzika dusza. W czasach starożytnych, jak przekazują znachorzy, mistycy i ludzie głęboko religijni, dobrowolna izolacja od świata miała działać zarówno kojąco, jak i zapobiegawczo. Zalecano ją, by leczyć znużenie, unikać zmęczenia. Sprzyjała też przepowiadaniu przyszłości, dawała; możność wsłuchania się w wewnętrzny głos, który miał udzielić odpowiedzi na trudne pytania, głos niedosłyszalny w zgiełku dnia.

Najtrudniej jest wyruszyć. Dziewczyna-foka zwleka choć już nie tylko serce, ale i ciało dają jej wyraźne sygnały, że czas najwyższy opuścić stały ląd i powrócić na morze. Ziemia jako żywioł zawsze była symbolem stabilności, stateczności i solidności, ale także uporu, zatwardziałości i konserwatyzmu. Każdy kto pracował w polu albo w ogrodzie wie, ile trzeba wysiłku, żeby ją poruszyć. Ziemia jest dobra jeżeli chcemy osiąść i budować, ale potrafi być przez tą stabilność zwodnicza. Uspokaja tak, że nie widzimy, gdzie czają się zagrożenia. Wpadamy w powtarzalność i rutynę. Sądzimy, że jeżeli będziemy sobie spokojnie mieszkać w swoim domu to nic złego nam się nie przydarzy. I właśnie to nas usypia, bo chociaż morze potrafi być groźne, to rutyna na dłuższą metę jest o wiele bardziej szkodliwa. Nie wierzycie? Zapytajcie tych, którzy wpadli w depresję. Kiedy nie masz czym żywić duszy, ona przestaje żywić ciebie. Dzieje się to powoli, tak że nawet się tego nie zauważa, tłumaczy się sobie, że to tylko zły humor, że to samo przejdzie, że jest to spowodowane przez x albo y i na pewno minie jak już załatwię x czy y …ale wcale nie mija. Nagle zaczyna się tracić apetyt, chudnąć, miewać zmienne nastroje, po jakimś czasie nie da się już skoncentrować ani kończyć rozpoczętych spraw, aż w końcu nie da się już nawet rano zwlec z łóżka. Brzmi znajomo dla wielu z was? Dlatego nie ma wyjścia, cokolwiek by się miało nie dziać, trzeba wyczuć moment gdy koniecznie trzeba już wracać do morza. Kiedy kobieta zbyt długo jest z dala od domu, traci stopniowo umiejętność czynienia postępów w życiu. Zamiast ciągnąć zaprzęg, który sama wybrała, wlecze go ze spuszczoną głową. Z wyczerpania mąci jej się w oczach i omija miejsca, gdzie mogłaby znaleźć pomoc i pociechę. „Martwy pomiot” to pozbawione życia, wypijające energię ideały, obowiązki, zadania i wymagania, w których ponosi porażkę. Taka kobieta staje się wyblakła i nieciekawa, za to gderliwa i uparta, coraz bardziej kłótliwa i rozbita. Jej lont nie pali się długo. Potoczny język nazywa to „wypaleniem”, ale to coś gorszego, to hambre del alma — głód duszy. Wówczas kobieta chwyta się ostatniej deski ratunku. W końcu dociera do niej, że musi — nie „być może”, nie „dobrze by było”, ale musi — powrócić do domu.

Nie liczcie na to, że otoczenie wam to ułatwi. Zawsze znajdą się ludzie wypaleni i puści od środka tak jak myśliwy, który łamiąc obietnicę, nie zwraca kobiecie skóry. Zawsze znajdą się ludzie, którzy często pod przykrywką rady i opieki, będą dawać ci dokładne wytyczne jacy powinniście być i co powinniście robić. Zawsze znajdą się tacy, którzy pod pozorem pragmatyzmu będą cię zniechęcać do nowych przedsięwzięć. Pytanie tylko co z tym zrobisz? Jak się zachowasz? Będziesz dalej usychać czy odważysz się powrócić do domu? 
Wybór należy do ciebie, ale powiem jedno: jeżeli pozostaniesz i będziesz nadal usychać to za jakiś czas, gdy w twoim otoczeniu pojawi się dziewczyna-foka w podobnej sytuacji, to ty będziesz jedną z tych powstrzymujących ją przed ruszeniem w morze.

Zbyt wiele takich zmęczonych, wypalonych, nieciekawych, gderliwych i upartych kobiet miałam nieszczęście spotkać w życiu, aby ci tego nie powiedzieć. Która kobieta nie zna na pamięć tych nigdy nie dotrzymanych obietnic? „Jak tylko skończę to czy tamto, pójdę … Jak tylko uda mi się wyrwać od … Pójdę, jak tylko przyjdzie wiosna … Pójdę, niech tylko minie lato. Gdy dzieci pójdą do szkoły … późną jesienią, kiedy drzewa są takie piękne, wtedy już pójdę. Nie, w zimie nie ma co zaczynać. Poczekam na wiosnę … tym razem na pewno”. Powrót do domu jest szczególnie ważny i naglący, jeżeli uwikłane w codzienne sprawy, przegapimy właściwy moment. Tylko kiedy przychodzi ten właściwy moment? Dla każdej kobiety w innym czasie, dość powiedzieć, że kobieta z absolutną pewnością wie, kiedy już za długo zostaje w świecie. Wie, kiedy zaczyna się spóźniać. Jej ciało jest tu i teraz, ale umysł błądzi daleko.

Zwlekanie jest powszechnie występującym mechanizmem psychicznym, który skutecznie blokuje nas przed rozwojem. Bardzo często mówimy sobie że zrobimy to i tamto, nawet dokładnie wyznaczamy sobie datę, po czym nic się nie dzieje i zaczynamy od początku te ‘obiecanki – cacanki’. Innym czynnikiem blokującym jest przekonanie, że jest się niezastąpionym i że bez naszej pomocy na pewno nikt sobie nie poradzi. Niektórzy lekceważą to przeświadczenie jako w gruncie rzeczy nieszkodliwe, ale ja mówię wprost: jest wyjątkowo szkodliwe. Ignorując swoje potrzeby pokazujesz dzieciom, że to normalne. Twoje dzieci będą robić to samo, kiedy dorosną. Na pewno tego chcesz? To przekonanie o byciu niezastąpionym pochodzi od twojego ego i uaktywnia się, jeżeli nie masz innych płaszczyzn, na których możesz się realizować. O ile nie czujesz się silna od wewnątrz i spełniona również w jakiejś innej dziedzinie to łatwo dasz wiarę temu co mówi ego, bo w czymś w końcu musisz czuć się pewnie i dobrze. Gorzej dla osób w twoim otoczeniu, bo chociaż kryje się to pod przykrywką opieki to jednak skutecznie wykoślawia ich psychikę, rozleniwia, zniechęca do poszukiwania i do wiary we własne siły. Jeżeli zwlekasz to być może również dlatego, że sądzisz, że nie będziesz zrozumiana. Ale czy teraz jesteś? Czy jesteś rozumiana, szanowana, akceptowana i otaczana życzliwością? Przeszkadzać może również nieustanne pragnienie bycia przydatną i robienia wielu pożytecznych rzeczy. Samo w sobie bycie pożytecznym nie jest złe, jednak trzeba wiedzieć kiedy wyznaczyć temu granicę, co nie jest łatwe, bo w większości kultur kobieta jest traktowana jako naturalna opiekunka ogniska domowego, dzieci i starszych. Jeżeli nie ustanowimy dobrego hasła zabezpieczającego, to do naszego psychicznego konta będą stale włamywali się hakerzy i wykradali nasze zasoby. Nie trzeba na każdym kroku udowadniać, że jesteśmy przydatni. Mamy prawo do własnych potrzeb. Trzeba podkreślić, że powrót do domu może dla każdej kobiety oznaczać co innego. Mój przyjaciel, rumuński malarz, dobrze wiedział, że dla jego babci powrót do domu oznaczał posiedzieć na drewnianym krześle na końcu ogrodu i patrzeć w słońce szeroko otwartymi oczami. „To dobrze robi moim oczom”, mawiała. Wszyscy wiedzieli, że nie wolno jej wtedy przeszkadzać, a jeśli nie wiedzieli, to szybko się dowiadywali. Zauważmy też, że powrót do domu wcale nie wiąże się z wydawaniem pieniędzy. Trzeba natomiast zainwestować swój czas. Trzeba aktu woli, by powiedzieć nieodwołalnie: „Idę”. Jak radzi moja przyjaciółka, można zawołać przez ramię: „Nie ma mnie dla nikogo, ale niedługo wrócę”, nie przerywając marszu.

Wprawdzie są krótkie chwile — na przykład różnego rodzaju doświadczenia duchowe — kiedy archetypy emanują z nas wielkim blaskiem, jednak żadna kobieta nie może nieprzerwanie utożsamiać się z archetypem. Tylko archetyp sam w sobie może być zawsze gotowy, wszechobdarzający, wiecznie dynamiczny, energiczny, wszechpotężny. Można gorliwie próbować go naśladować, ale należy pamiętać, że to ideał nieosiągalny dla śmiertelników i wcale nie trzeba mu dorównać. Pułapka polega na tym, że od kobiety wymaga się, by do ostatnich sił starała się wzbić na te nierealne wyżyny. By tego uniknąć, trzeba się nauczyć mówić: „Dość”, i to stanowczo.

ZANURZENIE

Nasz psychiczny dom oznacza coś innego dla każdego z nas, to czynność, w trakcie której czujemy się naturalnie. Rozpoznajemy łatwo co nią jest, przy niej zatrzymują się na dłużej nasze uczucia, a umysł nie odrywa myślami o tym, że to czy tamto jest ważniejsze. Dom to nie miejsce, tylko stan umysłu i duszy. Ile czasu w nim spędzać? Tyle ile potrzebujesz, żeby choć częściowo się zregenerować. Jak często tam zaglądać? Najlepiej regularnie, zwłaszcza jeżeli jesteś osobą szczególnie wrażliwą lub prowadzisz bardzo aktywne życie. Tak jak mówi przysłowie: Jak długo medytować? Jeżeli masz czas to przez dwadzieścia minut, a jeżeli nie masz czasu to przez godzinę.

Oczywiście, wielu czytając te słowa kręci głowami i mówi, że nie, że ma obowiązki, że nie ma czasu. Otóż przykro mi to mówić, moi drodzy, ale są to myśli z kategorii tischnerowskiej “gówno prawdy”. Rzeczywistość jest taka, że jeżeli będziecie chcieli, to wygospodarujecie ten czas. Z moich obserwacji wynika, że matki małych dzieci są wyjątkowo dobrze zorganizowane. Technicznie to nie jest aż taki problem dopisać “chwila dla mnie” do listy rzeczy do zrobienia, problem tkwi w głowie. Bo prawda jest taka, że wiele z was nie myśli o tym jako o rzeczy koniecznej takiej jak ugotowanie obiadu czy zrobienie prania. I to jest bardzo smutne … Niezależnie od tego, czy w domu spędza się godzinę czy kilka dni, dobrze jest pamiętać, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w tym czasie ktoś inny zaopiekował się kotem, choćby sam kot twierdził, że tylko właścicielka umie go głaskać. Pies zechce wzbudzić litość, zachowując się jak porzucony szczeniak, ale w końcu przebaczy. Trawnik spłowieje, ale niedługo odżyje. Tęsknota za dzieckiem wzmocni radość powitania po powrocie. Mąż będzie zrzędził, ale nastąpi pogodzenie. Szef zacznie rzucać pogróżki, ale da się ugłaskać. Zwlekanie z powrotem jest szaleństwem. 
Powrót do domu przynosi psychiczne zdrowie.

Co jeszcze dzieje się jeżeli zwlekamy? Nierozładowywany gniew narasta i wybucha często pod byle pretekstem. Jeżeli nie powracamy do psychicznego domu, to kiedy nie możemy już wytrzymać, wpadamy w ślepą furię i stawiamy wszystko na ostrzu noża. Tymczasem walkę powinniśmy toczyć nie z wrogiem na zewnątrz, a tym wewnątrz nas, który sprawia, że stopniowo, dzień po dniu, rezygnujemy, poddajemy się, dopasowujemy zamiast od początku jasno i wyraźnie manifestować to, czego potrzebujemy. To wyjątkowo podstępny wróg, kryjący się często pod płaszczykiem “zdrowego rozsądku” czy “logiki”* i wspierany przez kulturę, religię, często przełożonych, starsze panie w rodzinie oraz pseudoprzyjaciółki, trzeba go tropić i unieszkodliwiać za każdym razem, gdy atakuje. Tym, którzy protestują, możesz wytłumaczyć, że kiedy wrócisz będziesz wypoczęta i silniejsza, jest duża szansa, że to zrozumieją i zaakceptują. Jeżeli mimo twoich tłumaczeń, nie potrafią się na to zgodzić, to zastanów się głębiej jak ta relacja wygląda i na czym się opiera. Być może stoisz wobec wyboru: albo porzucę daną osobę/pracę, albo porzucę siebie. Mnóstwo jest takich wehikułów, dzięki którym kobieta dociera do domu: muzyka, sztuka, las, spienione fale oceanu, wschody słońca, samotność. Wiodą one do domu, do odżywczego wewnętrznego świata, który rządzi się własnym ładem, własnymi ideami, własnym bogactwem. Niektóre kobiety nigdy nie udają się do domu, zamiast niego wybierając życie a la zona zombi — w strefie zombi, w martwej strefie. Najokrutniejszy w tej martwej egzystencji jest fakt, że kobieta funkcjonuje, chodzi, mówi, działa, nawet osiąga wiele rzeczy, ale już nie potrafi odczuć negatywnych skutków tego, co się z nią stało — gdyby mogła, nieznośny ból kazałby jej natychmiast coś zmienić. Niestety, kobieta w takim stanie ducha, utykając, brnie dalej z wyciągniętymi ramionami, broni się przed bolesną tęsknotą za domem; jest ślepa i, jak mówią na Bahamach, sparat, co znaczy, że dusza ją opuściła i cokolwiek teraz zrobi, czuje się jakby nierzeczywista. Doznaje dziwacznego poczucia, że choć wiele zdziałała, nie dało jej to żadnej satysfakcji. Robi to, czego, jak sądzi, zawsze pragnęła, ale skarb w jej rękach niewytłumaczalnie obraca się w popioły. 
Dobrze, jeśli kobieta ma tego świadomość. Niezadowolenie to sekretne drzwi do wielkiej życiowej przemiany.

ODDYCHANIE POD WODA I WYNURZENIE

Dziecko pośredniczące między świadomością i nieświadomością, między sferą wyobrażeń a światem realnym pozwala na to by swobodnie poruszać się między tym co jest naszym domem a obowiązkami dnia codziennego. W baśni matka wcale nie porzuca syna, tylko na jakiś czas zabiera go pod wodę i przedstawia swojej foczej rodzinie. Mimo że ma pozostać na lądzie, to jednak potrafi poruszać się także w wodzie i komunikować się z istotami w niej żyjącymi. To odzwierciedla przepływ energii między świadomością a nieświadomością: nasze marzenia i plany z planu abstrakcyjnego są wcielane w realnym wymiarze, a wydarzenia ze świata realnego bezpośrednio wpływają na sferę nieświadomości przejawiając się jako sny i wizje. Nie możemy pozostać na zawsze w sferze marzeń skoro żyjemy w świecie materialnym. W baśni matka pozostaje w morzu, jednak utrzymuje kontakt ze swoim dzieckiem, pozostawia mu narzędzia, które sprawią, że będzie o niej pamiętał (symbolicznie krzesiwo przedstawia gotowość do tworzenia, zaczynania, “rozpalania ognia”, a nóż pomaga poruszać się w rzeczywistości, funkcjonować w niej i “operować”). Dlatego syn nie pozostaje w odmętach morskich, spokojnie wraca na ląd wiedząc, że zachowa kontakt z matką. Komunikuje się z nią regularnie, kiedy ta podpływa do lądu. Gdy powracamy do zgiełku tego świata, zwłaszcza jeśli podczas podróży do domu byłyśmy w jakiś sposób odseparowane, ludzie, maszyny i inne przedmioty wydają się jakieś obce, niesamowite, nawet zwykłe rozmowy otaczających nas ludzi brzmią jakoś niedorzecznie. Ta faza powrotu, powtórne wejście w świat, jest najzupełniej naturalna. Uczucie „bycia z innego świata” mija po kilku godzinach lub kilku dniach. Potem spędzimy dłuższy okres w ziemskiej codzienności, napędzane energią zebraną podczas podróży do domu, wciąż wprawiając się w kontaktach z duszą przez oddawanie się samotności.

Jeżeli zacznie się praktykować, to prędzej czy później nauczy się powracać do domu nawet w obecności innych osób. Na pewno każdy z nas zna te momenty kiedy “wyłączamy” lub “zawieszamy się” będąc w pracy, na zajęciach czy towarzystwie. To normalna reakcja mózgu, kiedy od intensywnego myślenia “przegrzewają się obwody” i umysł zwalnia. To samo można zrobić świadomie, kiedy akurat siedzi się na nudnym zebraniu czy czekając w kolejce do kasy. Jak jednak zawezwać duszę? Sposobów jest wiele: medytacja, wszystkie czynności mające własny rytm, jak bieganie, bębnienie, śpiewanie, pisanie, malowanie, muzykowanie, piękne widoki, modlitwa, kontemplacja, obrzędy i rytuały, znieruchomienie, wywoływanie nastrojów i myśli. Wszystko to są psychiczne wezwania, sprowadzające duszę do jej siedziby. Jestem zwolenniczką metod nie wymagających ani specjalnych rekwizytów, ani żadnego specjalnego miejsca — takich, które dostępne są w każdej chwili. Oznacza to posługiwanie się tylko umysłem. Każda zna przynajmniej jeden stan umysłu, który sprzyja temu rodzajowi samotności. Dla mnie samotność jest jak składany las, który noszę ze sobą wszędzie; rozkładam go wokół siebie, kiedy mam taką potrzebę. Siadam u stóp wielkich starych drzew dzieciństwa. Z tej dogodnej pozycji zadaję pytania, otrzymuję odpowiedzi, potem zwijam leśne ostępy do rozmiarów listka — do następnego razu. To doświadczenie bezpośrednie, krótkie i bardzo pouczające. Jedyną rzeczą, jakiej człowiek istotnie potrzebuje, by znaleźć się w dobrowolnym odosobnieniu, jest zdolność wyeliminowania wszystkiego, co przeszkadza i rozprasza. Kobieta może się nauczyć „wyłączać” na innych ludzi, dźwięki, rozmowy, bez względu na to, czy jest zaangażowana w spór na zebraniu rady, czy dręczy się bałaganem w domu, czy otacza ją tłum rozgadanych krewnych po trzydniowym balu. Jeśli byłaś nastolatką, to z pewnością wiesz, jak się odseparować i wyłączyć. Jeśli byłaś matką źle sypiającego dwulatka, to wiesz, jak zdobyć dla siebie trochę samotności. Nie jest trudno tego dokonać, trudno tylko o tym na co dzień pamiętać.

Oczywiście, może być to niemile widziane, szczególnie w miejscach publicznych, bo kultura w jakiej żyjemy, nie lubi kiedy obcujemy z duszą. Ale jedynym komentarzem, jaki na to mam to słowa Friedriecha Nietzschego: Nie znoszę, kiedy ktoś kradnie moją samotność, nie oferując w zamian prawdziwego towarzystwa (“I hate who steals my solitude without really offering true company”). Nie oferujesz mi nic oprócz swojego ego? Nie dajesz niczego, co wzbogaci moją duszę? To nie kradnij mojego czasu. Stanowczo zbyt bardzo przyzwyczailiśmy się do rzeczywistości, która karmi ego, a nie duszę i traktujemy ją jako normalną sytuację. To tak jakbyśmy na stałe zaczęli żywić się w barach z fast foodem, nasze zdrowie mentalne i emocjonalne bardzo cierpi na takiej diecie. Dbamy o to jak wyglądać na zewnątrz, a nasze wnętrze płacze z zaniedbania. O ile są pewne miejsca, gdzie nie wejdzie się bez odpowiedniego ubrania, to nie mamy wyrobionych mechanizmów, które izolują od nas osoby nie posiadające wystarczająco atrakcyjnego charakteru. Najwyższy czas je sobie wyrobić. Przypomina mi się akcja: “Nie czytasz książek? Nie idę z tobą do łóżka”. Może zmodyfikujmy ją na: “Nie masz ciekawej osobowości ani bujnej wyobraźni? Nie poświęcę ci więcej czasu niż to absolutnie konieczne.” A nuż do kogoś dotrze, że na dłuższą metę liczy się właśnie piękny charakter, a nie piękna otoczka. Mądrość nigdy nie była w cenie, a bogate wnętrze zawsze skazywało na izolację, tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy. A być może to jest właśnie moment na to aby to zmienić? Cytując Junga: Byłoby znacznie lepiej, gdybyśmy umieli po prostu się przyznać do naszego duchowego ubóstwa. A jeszcze lepiej byłoby gdyby po przyznaniu się, umieli zacząć pracować nad sobą i budować bogactwo.

Zwróćcie uwagę na zakończenie baśni – wielu myśliwych próbowało znaleźć i zabić fokę, jednak bezskutecznie.

Powrót do psychicznego domu nie wymaga zamożności, pozycji społecznej, wykształcenia ani fizycznej mobilności. Naturalne cykle może rozbudzić nawet pojedyncze źdźbło trawy, nawet mały kawałek nieba, nawet jeden zabłąkany chwast między płytkami chodnika. Wszystkie możemy wypłynąć na morze. Wszystkie możemy pojednać się z foką na skale. Każdej kobiecie należy się to pojednanie: matkom z kilkorgiem dzieci, kobietom zakochanym, samotnym, pracującym, kobietom w depresji, kobietom sukcesu, kobietom zamkniętym w sobie, otwartym na świat, obciążonym poważnymi obowiązkami.

TO NIE JEST KRAJ PRZYJAZNY DUSZY

Jeżeli czytasz te słowa, to albo żyjesz albo wychowałaś się w tym samym polskim kręgu językowym i kulturowym co ja. Dlatego parafrazując tytuł powieści Cormaca McCarthy’ego `To Nie Jest Kraj Dla Starych Ludzi`, chcę powiedzieć o tym do czego dotarłam po latach obserwacji: jeżeli masz duszę, która mocno przebija się przez warstwy ego, to będziesz w tym kraju mniej lub bardziej cierpieć.

Skąd wysnuwam taki wniosek? Wystarczy spojrzeć na mentalność osób urodzonych w Polsce i powiązać ją z historią. Wieloletnie zabory, dwie wojny światowe, dwa totalitaryzmy …to nie mogło nie odcisnąć piętna na zbiorowej mentalności. Jak zapewne była już o tym mowa sam pojedynczy traumatyczny wypadek ma ogromny wpływ na psychikę, a co dopiero lata przemocy i opresji. Polacy jako naród mają psychikę ofiary. Cierpią na zbiorowe, nieodreagowane PTSD i nieświadomie przekazują swoje lęki z pokolenia na pokolenie. Przykład z własnego życia: jako dziecko byłam tzw. „niejadkiem” co oznacza, że po prostu jadłam ile chciałam, a nie tyle ile ładowały mi na talerz matka czy babcia. Pamiętam, że byłam akurat „na przechowaniu” u dziadków i zjadłam połowę zupy, a reszty już nie chciałam. Babcia wszelkimi szantażami emocjonalnymi namawiała mnie do zjedzenia reszty, a dziadek opowiadał jak to w czasie wojny nie miał co jeść, kiedy był więźniem na robotach przymusowych. I to wszystko działo się w latach siedemdziesiątych, czterdzieści (!) lat po wojnie moi dziadkowie nadal funkcjonowali według psychicznych wzorców, których nabrali za młodu, a te wzorce nastawione były na przeżycie, nie na wzrastanie. Nie ma się co dziwić, że na co dzień tak bardzo dołują nas beznadzieja i bylejakość, szczególnie jeżeli ma się cechy, które jak pisze dr Estes cechują Dziką Istotę: spontaniczność, kreatywność, niezależność, intuicję, wyczucie czasu … Ponieważ spontaniczna, twórcza i ciekawa świata dusza jest w tych realiach bardzo źle traktowana to chowa się do wewnątrz jak ślimak czy żółw, wycofuje się do swojego własnego, bezpiecznego świata, gdzie nie będzie narażona na agresję, niechęć oraz brak szacunku i akceptacji.

Nie lubię robić wycieczek w kierunku socjologii, bo jest nastawiona na społeczeństwo, a mnie interesuje jednostka, ale nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy słyszę, że dwudziestolatkowie są niby „straconym pokoleniem”. No błagam! Mają całe życie przed sobą, jeszcze wszystko może im się świetnie poukładać i wszystkiego mogą się nauczyć (szczególnie jeżeli starsi zejdą trochę z piedestału ego i zaczną traktować ich z szacunkiem, przekazując wiedzę, a nie zestaw gotowych rad na życie). Oni nie są przegrani, oni są najwyżej zagubieni, onieśmieleni i niedokształceni, ale to wszystko da się jeszcze wyprostować. Im się jeszcze chce, oni nadal poszukują. Jeżeli miałabym rzeczywiście koniecznie znajdować jakieś stracone pokolenie (chociaż, tak jak już mówiłam, wolę myśleć w kategoriach jednostki niż zbiorowości) to wskazałabym na to wojenne. Nasze babcie i dziadkowie zastygli w swojej mentalności i frustrują się, że świat nie chce być nadal taki jaki był za czasów ich młodości. Nie znoszę także zwalania wszystkiego na patriarchat, ale w tym kraju rzeczywiście pokutuje przekonanie, że pewne rzeczy należą się z racji starszeństwa i to również przyczynia się do tego, że jest to kraj nieprzyjazny duszy oraz Dzikim Istotom. Dzikie Istoty bowiem z natury są młode niezależnie od fizycznego wieku i nie podlegają sztywnym, patriarchalnym strukturom. Nie mówię tego, żeby kogoś zranić czy umniejszać czyjś wkład w życie, ja po prostu mówię o swoich obserwacjach i nie wymagam, żeby wszyscy się ze mną zgadzali**.

Co więcej, sądzę, że jest to cecha całego rejonu środkowo- i wschodnioeuropejskiego. Żyjemy podwójnym życiem, inni pokazujemy się na zewnątrz, a inni jesteśmy sami z sobą. Uciekamy wewnątrz siebie, jak to się kiedyś mówiło udajemy się na wewnętrzną emigrację, bo mentalności dookoła nas nie jesteśmy w stanie zmienić. To ciekawe jak często w baśniach rosyjskich (takich jak Królewna w Żabę Przemieniona czy Piórko Finista Jasnego Cud Sokoła), człowiek zamienia się w zwierzę, a zwierzęta pomagają ludziom. To piękne, fantastyczne opowieści o poszukiwaniu, niepoddawaniu się, stawianiu czoła własnym lękom i ograniczeniom (Baba Jaga i Kościej!), które warto czytać dzieciom …

Ale gdybym ja miała dać jakąś radę duszy, która miała nieszczęście urodzić się w tym kraju, to osobiście polecam baśń szwedzką Córka Słońca i Księżyca. Dziewczyna schodzi z niebios na ziemię i za każdym razem Słońce oraz Księżyc wzywają ją do powrotu, jednak za którymś razem zostaje ona na Ziemi z miłości do mężczyzny. Często zdarza się tak, że rezygnujemy z czegoś zawierając związek małżeński, prawda? Wprawdzie życie dziewczyny dobrze się układa, jest szczęśliwa i ma dzieci z mężem, ale za cenę milczenia o tym, kim naprawdę jest. W pewnym momencie nie może już dłużej tego wytrzymać (prawda wychodzi na jaw, gdy zabiera z rabatki roślinę …dziewczyna przeżywająca transformację zrywając kwiat …stary jak świat motyw, prawda?) i powraca wraz z dziećmi do domu jako gwiazdy.

Jak ja interpretuję tę baśń? Jeżeli urodziłaś się na tym świecie, a czujesz, że nie jesteś z niego, to nie wpadaj we frustrację, nie daj się przekonać, że to z Tobą jest coś nie tak i nie próbuj niewolniczo naśladować tych, co to mają pełno pomysłów na Twoje życie. Gdyby ktoś mnie zapytał o radę (i tylko wtedy), powiedziałabym, żeby robić to co dziewczyna z baśni: schodzić na dół, wykonywać to co jest potrzebne do przeżycia, ale nie przykładać do tego wagi, większej niż na to zasługuje. Jeżeli przerastasz otoczenie, to nie kul się w sobie i nie próbuj zniżać do otaczającego Cię poziomu w nadziei na akceptację. Ludzie z twojego otoczenia i tak wyczują, że nie jesteś „swoja” i nie obdarzą Cię miłością czy akceptacją. Próbując się dostosować, będziesz krok po kroku porzucać samą siebie. Taka transakcja się nie opłaca. Nie rzucaj pereł przed wieprze. Ostatecznie dziewczyna i tak wraca tam skąd pochodzi, bo ciągnie ją do domu …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii bajka terapeutyczna

 

Nie potrzebujesz czyjejś aprobaty, by zmienić swoje życie …

03 cze

 

Żałuję, że gdy miałam 20, 30 lat, jakaś starsza, mądrzejsza kobieta nie poświęciła czasu, by pomóc mi nakreślić drogę życia, która dałaby mi spełnienie i szczęście. Takie wskazówki ułatwiłby i tak skomplikowaną podróż przez życie i dały więcej pewności siebie, jasności i spokoju   ;-)

Połowa życia za mną. Z jednej strony czuję się wolna jak nigdy. Z drugiej mam świadomość, że się starzeję …

Wnioskami postanowiłam podzielić się, by dać Wam rady, których sama nigdy nie dostałam. Te 15 zasad ma Wam oszczędzić zmartwień i niepokoju:

1. Zadbaj o zdrowy tryb życia

Mimo że media huczą o tym, jak szkodliwy jest stres, to wciąż większość ludzi żyje pod ogromną presją. Nie zdają sobie sprawy z tego, że 95 proc. wszystkich chorób na świecie wynika z niezdrowego stylu życia i stresu. Wysiłek fizyczny, sposób odżywiania, zdrowe relacje i minimalizowanie stresu to podstawy zdrowego trybu życia.

2. Otaczaj się przyjaciółmi i rodziną – ludźmi, którzy cię wspierają i dbają o twój rozwój

Nie warto poświęcać czasu i uwagi osobom, które mają na nas negatywny wpływ – plotkują, osądzają innych, wysysają z nas energię swoim ciągłym narzekaniem. Lepiej zadbać o wąskie grono najbliższych przyjaciół, niż tkwić w wielu toksycznych relacjach.

3. Naucz się mówić „nie”

Potrzeba czasu, by nauczyć się odmawiać, ale to cenna umiejętność. Kobiety, które często bez refleksji przyjmują dodatkowe obowiązki, będą zachwycone efektami tego magicznego słowa. „Nie” sprawi, że będą miały więcej czasu dla siebie i swoich pasji.

4. Usuń „powinnam” ze swojego słownika

Gdy tylko usłyszysz, że na głos lub w myśli wypowiadasz to słowa, zatrzymaj się i zapytaj samą siebie: dlaczego – dlaczego powinnam to zrobić? Ludzie, którzy wypełniają dni powinnościami, często są nieusatysfakcjonowani życiem. Najlepiej zamienić „powinnam” na „chcę” lub „mam ochotę”.

5. Zastąp automatyczne negatywne myśli automatycznymi pozytywnymi

Brzmi banalnie, ale działa. Wiele kobiet nieustannie zadręcza się myślami: „nie jestem wystarczająco dobra, wystarczająco ładna, wystarczająco mądra”. Takie myśli trzeba łapać, a następnie zastępować pozytywnymi – „jestem wystarczająco…”. To doskonała metoda autoterapii – szybko zauważycie efekty … Będziecie lżejsze, jakby ktoś zdjął z Was spory ciężar.

6. Zaakceptuj i pokochaj siebie

Tę tylko pozornie banalną poradę znowu można łatwo przećwiczyć. Wystarczy każdego dnia porozmawiać chwilę ze swoim odbiciem w lustrze. Powiedzieć sobie: „ładnie wyglądasz, jesteś piękna, kocham cię”. Z początku będzie to brzmieć śmiesznie, ale wkrótce okaże się, że takie komplementy przynoszą realne skutki w postaci większej pewności siebie.

7. Bądź wdzięczna

Warto poświęcić 5 minut dziennie, by nauczyć się wdzięczności, bo zmienia ona nastawienie do życia. Najlepiej usiąść w fotelu lub na balkonie i spisać to, za co jest się wdzięcznym. Pisać wszystko, co przychodzi do głowy, a potem zadumać się nad tym przez chwilę.

8. Pracuj nad samoświadomością

Ucz się wyczuwać i rozpoznawać swoje nastroje, motywacje i pragnienia. Zamiast bezmyślnie biec dokądś każdego dnia, zatrzymuj się, zastanawiaj, dlaczego czujesz się tak, a nie inaczej. Jeśli widzisz, że w danej sytuacji reagujesz wyjątkowo negatywnie, zapisz to, przyjrzyj się swoim emocjom. Jeśli chcesz, następnym razem możesz próbować na tę samą sytuację zareagować inaczej.

9. Weź odpowiedzialność za swoje decyzje

Obwinianie wszystkich i wszystkiego za to, że jesteś nieszczęśliwa, sprawi, że nigdy nie ruszysz z miejsca – nie zmienisz ani swojego postępowania, ani podejścia. Staraj się łapać krytyczny głos w swojej głowie, który mówi: „gdybym tylko mogła…” i zastępować go zdaniem: „Jestem odpowiedzialna za moje życie i moje decyzje. Biorę je w swoje ręce i wybieram…”.

10. Przestań się przejmować tym, co pomyślą inni

Kobiety od dziecka uczone są szukania uznania w oczach innych. Jeśli wciąż czekasz na czyjąś zgodę i aprobatę, zanim przejedziesz do działania, czas z tym zerwać. Marnowanie czasu na tak trywialną czynność nie tylko cię wycieńcza, ale i sprawia, że zaczynasz wątpić we własne możliwości. Pamiętaj, że jedyną osobą, która musi zaakceptować twoje wybory, jesteś ty sama – nie potrzebujesz niczyjej zgody na działanie.

11. Ucz się słuchać

Zawsze więcej nauczymy się, słuchając, niż mówiąc. Czy to w towarzystwie starego znajomego, przypadkowego przechodnia, członka rodziny czy współpracownika – lepiej trenować słuchanie i zadawanie trafnych pytań niż opowiadanie o sobie. Takie podejście do rozmów prawdopodobnie wpłynie także pozytywnie na budowanie głębszych relacji oraz rozwój emocjonalny – uważnych słuchaczy wciąż na świecie brakuje.

12. Obudź w sobie ciekawość

Świat przekonuje nas nieustannie, że wszędzie brakuje specjalistów, że priorytetem jest produktywność i dogłębna ekspertyza. To może być prawdą w życiu zawodowym, ale w prywatnym niekoniecznie. Ten, kto chce twórczego podejścia do życia, niech co rusz próbuje czegoś nowego, niech uczy się nowości – jak dziecko. Odpuść sobie poziom zaawansowany w jednej dziedzinie. O wiele lepiej być początkującym w wielu dziedzinach.

13. Przebaczaj

Wielu z nas urazę potrafi chować przez lata. Nieumiejętność przebaczania innym wiąże się jednak zwykle z żalem do samego siebie. Złap wewnętrzny głos, który krytykuje innych, bo to, co myślisz o nich, jest zwykle odbiciem tego, co myślisz o sobie.

I odpuść. Tylko w ten sposób odjedzie złość i krzywda, a na jej miejsce wejdzie uczcie współczucia, ulga.

14. Przebywaj na łonie natury

Przebywanie w otoczeniu lasów, gór, mórz jest najlepszym sposobem na odstresowanie. 20 minut dziennie na świeżym powietrzu potrafi zmienić twoje podejście do życia i oczyścić umysł. Trzeba tylko wyłączyć telefon.

15. Nie traktuj siebie zbyt serio

Życie to paradoks. Z jednej strony jeśli chcesz, by miało głębokie znaczenie, musisz na poważnie się w nie zaangażować. Z drugiej – niekoniecznie, bo przecież najważniejszy jest śmiech, zabawa i swoboda. Tylko one dadzą ci w życiu prawdziwą przyjemność  :-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii osobiste szczęście

 

???

02 cze

 

Czasem mi się zdaje, że moje życie nie ma racji bytu na tym świecie!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czuję to … co czuję!

25 maj

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii co mi w duszy gra

 

WYŻEJ DUPY NIE PODSKOCZYSZ …

17 maj

 

Tak jest i nie ma sensu z tym walczyć. Ilekroć słyszę, że jakiś pseudo coach mówi „możesz wszystko”, to krew się we mnie gotuje. Czasami nie możesz i dobrze o tym wiesz, a więc nie ma sensu się oszukiwać.

Najgorsze, co możesz sobie robić, to żyć w kłamstwie i przekonywać się do tego kłamstwa, jeżeli wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią Ci, że i tak nie uwierzysz w to kłamstwo. Nie wszystko jest dla wszystkich. Nie każdy może być gwiazdą rocka, nie każdy zostanie prezydentem i nie wszystkim będą się rodzić grzeczne dzieci. No wyżej dupy nie podskoczysz.

Możesz mieć swoje przekonania, swoje nadzieje i tak dalej, ale gdzieś tam na głębszym podświadomym poziomie jest coś, co determinuje Twoje doświadczenia jak taka szara eminencja. I dopóki nie zmienisz coś w swoim postępowaniu i myśleniu, to nie możesz osiągnąć wszystkiego, czego chcesz.

Na chwilę będziesz Kryśką … Nie wiem jak masz na imię, ani nawet, jakiej jesteś płci, ale na chwilę nazwę Cię Kryśką. Nie gniewaj się, po prostu przez 5 minut bądź Kryśką i nie oponuj.  :-)  No więc jesteś tą Kryśką i nie masz za grosz smykałki do śpiewania. Wyjesz, jakby Cię zarzynali, a każda Twoja aria kończy się wizytą szklarza, który wprawia w oknach nowe szyby. Czy jesteś w stanie uwierzyć, że możesz w każdej chwili zostać sławną śpiewaczką operową? Że tak z dnia na dzień, jak mawiają coache, możesz stać się gwiazdą światowej estrady, jeżeli tylko w to uwierzysz?

Tylko że w Tobie nie ma takiej wiary, bo gdyby była, to zamiast to czytać, to dawałabyś teraz koncert. No więc debilizmem jest wierzyć, że możesz wszystko już teraz. Możesz, ale pod pewnym warunkiem. W tym przypadku, pod warunkiem, że nauczysz się śpiewać. Tylko że ta Kryśka, która umie śpiewać, nie jest już Tobą. To jest całkowicie inny człowiek.

Każdego dnia w Twoim ciele wymieniane są miliony komórek. W ciągu 7 lat masz nowe ciało. Kładziesz się spać jako jeden człowiek, a wstajesz już jako ktoś nieco inny i tak dzień po dniu. Kryśka, która nie potrafi śpiewać, raczej nie uwierzy w to, że zostanie gwiazdą operową, tak więc wmawianie jej tego, że już w tym momencie, w każdej chwili może to zrobić, jest bez sensu. To sprawia, że czuje się głupia, jakby miała jakieś możliwości, ale nie potrafiła ich wykorzystać. Wyżej dupy nie podskoczysz, rozumiesz?

Czasami wiesz, że pewnych rzeczy po prostu nie możesz. Wiesz, że jeżeli jesteś kobietą, to nie zostaniesz papieżem. Żeby to się stało, potrzebna byłaby zmiana wielu zasad oraz udział wielu innych ludzi. Potrzebna byłaby Twoja niewiarygodnie wielka wiara, która zmieniłaby cały system religijny, ale czy Ty masz lub jesteś w stanie wygenerować w sobie taką wiarę? Czasami wiesz, że się po prostu nie da.

Mało tego – niektóre rzeczy nie są w ogóle warte zachodu. Czasami trzeba po prostu powiedzieć „pierdolę to, widocznie to nie jest dla mnie”. Jeżeli cele są dla Ciebie niebotyczne i wiesz, że w tym momencie, jako ten człowiek, nie dasz rady ich ot tak osiągnąć, to olej to. Albo zmień się w kogoś, dla którego osiągnięcie tego celu nie będzie problemem.

Chcę, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Zmiana, a już na pewno duża zmiana nie dokona się, dopóki Ty stoisz w miejscu. Dopóki nie staniesz się tą osobą, dla której osiągnięcie danej rzeczy jest możliwe. Mam tu na myśli wszystkich tych, którzy siedzą i czekają jak na boskie zmiłowanie, niczego nie robią, żeby swój cel osiągnąć. Dosłownie nie podejmując żadnych kroków. Jasne, że można nic nie robić i zdobyć obiekt swoich marzeń, ale do tego trzeba wiary. Nie nadziei, ale zajebistej wiary i powiedz mi szczerze, czy masz w tym momencie w sobie taką wiarę? Jeżeli nie, to jasne jest, że nie możesz czekać bezczynnie, tylko pasowałoby zacząć coś robić.

Niektóre cele wcale nie są Twoje. Są podyktowane wymogami społeczeństwa i Twojego najbliższego otoczenia albo ambicją. Może niekoniecznie chcesz być dyrektorem tego wielkiego banku. Może w głębi duszy tak naprawdę chcesz sadzić marchewki gdzieś na działce pod Poznaniem. Dlatego, jeżeli tak jest, to musisz czym prędzej olać te cele, które nie są Twoje. Powiedzieć „pierdolę to”. I więcej nie przykładać do nich żadnej wagi. Cele, które nie są własnymi, osiąga się bardzo trudno, a czasami jest to po prostu niemożliwe, bo nie wierzysz w to, albo po prostu tego nie chcesz.

Jeżeli więc coś Ci nie idzie i Ty wcale nie chcesz, żeby szło, to czas najwyższy mieć na to wyjebane. Nie każdy musi osiągnąć w życiu to samo. Nie każdy musi być gwiazdą, wielkim szefem czy sławnym politykiem. Rozdzielaj cele, które są Twoimi od tych, które narzucono Ci z zewnątrz. Swoje przyjmuj, a innym powiedz: wynocha!

Nie powiem Ci, że możesz wszystko, bo nie lubię kłamać. Powiem tylko tyle, że możesz to, w co wierzysz, do czego jesteś stworzony i co czujesz w sercu. Możesz zdobyć tylko to, do czego się przygotujesz i tylko tak, jak osoba, której przychodzi to z łatwością. Będąc nieumiejącą śpiewać Kryśką, nie zostaniesz śpiewaczką operową. Żeby nie zostać w realu, musisz najpierw stać się nią w sobie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii motywator

 

Jestem życiem, które uczy się życia…

14 maj

 

Kim Jestem ?

Zadaję sobie to pytanie i płaczę, bo nic nie czuję. Czuję się jak pusta skorupa, tak jakbym nie istniała. Nie wiem co robić, nie wiem w którą stronę iść. To mnie przeraża. Rozpadam się na kawałki …

W naturze szukam odpowiedzi, ale nic się nie pojawia. Jestem z tym sama i czuję, że tak ma być, chociaż umysł rozpaczliwie szuka osoby, która mogłaby mi pomóc, kogoś do kogo mogłabym zadzwonić i się wypłakać. Nie ulegam mu, zostaję z tym sama … 

Jestem i słucham dźwięków, które mnie otaczają. Od razu czuję spokój i otulenie. Gaja nigdy jeszcze mnie nie zawiodła … Trochę mnie irytuje, że przyszli jacyś ludzie. Widać potrzebuję pobyć sama, we własnej energii, potrzebuję się nią napełnić.

A Kim Jestem ?

Życiem, które uczy się życia.
Świadomością, która stara się ogarnąć samą siebie.
Energią, która próbuje dopasować się do formy jaką przyjęła.

Czy to wszystko ma sens ?

A czy musi mieć sens ?

Jestem zmęczona pytaniami. Chcę płynąć leniwie i spokojnie jak rzeka i nie zadawać więcej pytań. Nie chcę zastanawiać się wiecznie co robię źle, a co robię dobrze. Nie chcę dopasowywać się do czyichś oczekiwań.

Płynę przez życie we własnym tempie, moim własnym nurtem. Nie chcę, żeby ktoś mnie regulował, zmieniał mój bieg, spiętrzał moje wody, mówił co mam robić, żeby płynąć lepiej, że płynę za wolno. Każda rzeka jest inna, ale wszystkie i tak płyną w tym samym kierunku, wszystkie i tak spotkają się w tym samym Oceanie.

 

zycie-jest-jak-nurt-rzeki-ucieka-bezpowrotnie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii refleksje