RSS
 

PODRÓŻ W GŁĄB SIEBIE … SKÓRA DUSZY

04 cze

 

`Dawno temu, w porze, która teraz przeminęła, lecz wkrótce powróci, każdy dzień wypełniało tylko białe niebo i biały śnieg, a małe czarne punkciki widoczne w oddali okazywały się ludźmi, psami albo niedźwiedziami.
W tych stronach nie żyje się za darmo. Wicher wieje tak silny, że
ludzie rozmyślnie zakładają parki i mamleki (wysokie buty z foczej skóry) odwrócone na druga stronę. Wymawiane słowa zamarzają w powietrzu, a żeby zrozumieć całe zdanie, trzeba je mówiącemu wyłamywać siłą spomiędzy warg i topić przy ogniu. Tutaj ludzie żyją pośród białych bujnych włosów starej Annuluk, naszej babki, prastarej czarownicy, która jest Ziemią.

I w tej to własnie krainie żył sobie człowiek …
tak samotny, że z biegiem lat łzy wyżłobiły na jego policzkach głębokie bruzdy.
Próbował się uśmiechać, być szczęśliwy. Polował. Zastawiał sidła, tropił zwierzynę, twardo sypiał. Ale brakowało mu ludzkiego towarzystwa.
Czasami, osiadłszy w kajaku na mieliźnie, patrzył na zbliżające
się foki i przypominał sobie, co mówią stare legendy — foki były kiedyś ludźmi, a teraz jedynym śladem po tym są ich oczy, w których widać te same spojrzenia, mądre, gorące, kochające. Czasami czuł tak wielki przypływ bólu i samotności, że łzy toczyły mu się po głębokich bruzdach na twarzy.

Pewnej nocy wyruszył na polowanie tuż po świcie, ale niczego nie znalazł. Kiedy księżyc podnosił się na niebie, a kry lodowe zalśniły w jego świetle, człowiek podpłynął do wielkiej skały na morzu, a jego bystrym oczom wydało się, że coś się na niej porusza z nieskończonym wdziękiem.
Płynął powoli, głęboko zanurzając wiosła, by znaleźć się bliżej.
Na szczycie skały wypatrzył grupkę tańczących dziewcząt, nagich jak w chwili narodzin. A że tak długo był samotny i po ludziach zostały mu tylko wspomnienia, zatrzymał się i patrzał. Kobiety wyglądały jak utkane z księżycowego mleczka, ich skóra migotała srebrnymi kropelkami jak łososie na wiosnę, a ich stopy i dłonie były smukłe, długie i piękne.
Tak niezwykłej urody były te dziewczęta, że usiadł oniemiały w łodzi, a woda uderzała o burtę, coraz bardziej przysuwając go do skały.
w Słyszał śmiech tych pięknych istot … tak przynajmniej sądził, choć może to woda się śmiała, rozbijając się o urwisko. Był zmieszany i olśniony.
W dziwny sposób poczucie osamotnienia, które ciążyło mu na piersiach jak mokra skórzana odzież, opuściło go i bez namysłu, jakby tak właśnie miało być, wyskoczył na skałę i zabrał jedną z foczych skór, które tam leżały. Ukrył się za występem skalnym i schował skórę za qutnguq (parka).
Wkrótce jedna z kobiet zawołała głosem tak pięknym, jakiego dotąd nie słyszał .. zupełnie jak wieloryby śpiewające o świcie … nie, raczej jak małe wilczki baraszkujące wiosną… nie, ten głos był jeszcze piękniejszy,
ale to nieważne, bo … co one robią?
A one zakładały na siebie focze skóry i jedna za druga zsuwały się do morza, piszcząc i wołając radośnie. Oprócz jednej. Najwyższa z dziewcząt szukała wszędzie swojej skóry, lecz nigdzie jej nie było. I wtedy mężczyzna poczuł się ośmielony. Wyszedł zza skały i odezwał się:
— Kobieto… zostań moja żoną. Jestem taki samotny …
— Nie, nie mogę być niczyją żoną — powiedziała. — Nie jestem
z twego rodu, jestem z rodu tych, co żyją temeqvanek — pod wodą.
— Zostań moją żoną — nalegał mężczyzna. — Po siedmiu latach oddam ci focza skórę i zrobisz, jak zechcesz, odejdziesz albo zostaniesz.
Dziewczyna-foka przyglądała się długo jego twarzy oczami, które
wbrew jej pochodzeniu wydawały się ludzkie. Niechętnie odrzekła:
— Dobrze, pójdę z tobą. Po siedmiu latach zdecyduje, co robić.

Po jakimś czasie urodziło im się dziecko, które nazwali Uruk. Był to chłopczyk gibki i pulchny. W zimie matka opowiadała mu baśnie o podwodnych stworzeniach, podczas gdy ojciec strugał mu nożem niedźwiadki i wilki. Kiedy matka kładła Uruka spać, pokazywała mu przez otwór w suficie obłoki o różnych kształtach. Jednak nie widziała w nich kruków, niedźwiedzi ani wilków, lecz morsy, wieloryby, foki i łososie, bo te stworzenia dobrze znała.
Z biegiem czasu jej ciało zaczęło wysychać. Najpierw zwiotczało,
potem zaczęło się kruszyć. Łuszczyła się skóra na powiekach. Wypadały włosy na głowie. Stała się naluaa — blada, prawie biała. Kiedyś tak krągła, schudła straszliwie. Usiłowała ukryć, że kuleje. Z każdym dniem jej wzrok się pogarszał. Musiała wyciągać ręce, by znaleźć drogę, bo prawie nic nie widziała.

I tak było, aż pewnej nocy Uruka obudził krzyk i chłopiec usiadł na futrzanym posłaniu. Ktoś ryczał niczym niedźwiedź — to jego ojciec wymyślał matce. Usłyszał też płacz, jakby srebrny pręt uderzał o kamień.
To płakała jego matka.
— Siedem długich lat temu ukryłeś moja foczą skórę, idzie już na
ósmą zimę. Chce, żebyś mi zwrócił to, z czego jestem zrobiona — płakała kobieta-foka.
— Jeśli ci ją oddam, to zostawisz mnie, kobieto — grzmiał mąż.
— Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że muszę mieć to, do czego
należę.
— Zostanę bez żony, a chłopiec bez matki. Jesteś złą kobietą.
To mówiąc, mąż zerwał zasłonę z drzwi i zniknął w ciemności nocy.
Chłopiec bardzo kochał matkę. Bał się ją stracić i płakał tak długo, aż zasnął z wyczerpania. Obudził go wiatr. Dziwny to był wiatr; zdawało się, że woła jego imię:
— Uuuuruk, Uuuuruk.
Wstał z posłania i ubrał się tak pospiesznie, że założył parkę na
odwrotną stronę, a mukluki (buty z foczej skóry) wciągnął tylko do połowy. Wciąż słysząc swe imię, wyszedł w rozgwieżdżoną noc.
— Uuuuruk.
Pobiegł na skalne urwisko i patrząc stamtąd na morze, daleko pośród wzburzonych fal na morzu zobaczył olbrzymią, kudłatą srebrzystą fokę … z wielką głową, z wąsami do piersi i żółtymi oczami.
— Uuuuruk.
Chłopiec spuścił się w dół po skale i poczuł pod stopami jakiś
kamień … nie, to tobołek, który wytoczył się ze skalnej rozpadliny.
Włosy chłopca opadły na twarz tysiącem zlodowaciałych kosmyków.
— Uuuuruk.
Chłopiec rozerwał tobołek i wytrzasnął jego zawartość — to była
focza skóra jego matki. Poczuł jej zapach. A kiedy tulił skórę do twarzy i wdychał jej woń, dusza skóry zaczęła w nim trzepotać niczym letni powiew wiatru.
Zapłakał z bólu i radości i znów uniósł skórę do twarzy, i znów dusza matki przeszła przez jego dusze. Płakał, bo przepełniła go bezbrzeżna miłość do matki.
A stara srebrzysta foka w oddali zanurzyła się z wolna pod wodę.
Chłopiec wspiął się na urwisko i pobiegł do domu; focza skóra
powiewała za nim, kiedy wpadł jak burza do domu. Matka podniosła go na rękach razem ze skórą i przymknęła oczy, wdzięczna losowi, że oboje są bezpieczni.
Zaczęła się ubierać w skórę.
— Matko, nie! — zakrzyknął chłopczyk.
Przygarnęła go, otoczyła ramieniem i kulejąc, biegła w stronę wzburzonego morza.
— Mamo, nie zostawiaj mnie!
Widać było, że pragnie zostać przy dziecku, chce tego, ale coś ją
wzywało, coś starszego, potężniejszego od niej, od niego, od czasu.
— Mamo, nie! — odwróciła się do niego z wyrazem bezbrzeżnej,
tragicznej miłości w oczach. Ujęła w dłonie jego głowę i tchnęła słodki oddech w jego płuca, raz, drugi, trzeci. I trzymając go pod pachą jak cenny tobołek, zanurkowała w morze, w dół, głęboko, a pod wodą oddychali lekko i swobodnie.
Płynęli przez głębiny, aż dotarli do podwodnej groty fok, gdzie
przeróżne stworzenia śpiewały i jadły, tańczyły i rozmawiały, a olbrzymia stara foka, która nocą wołała Uruka, objęła go i nazwała wnukiem.
— Jak ci się wiedzie tam na górze, córko?
Kobieta-foka spojrzała w bok i rzekła:
— Skrzywdziłam człowieka, mężczyznę, który dał mi wszystko, co miał. Ale wrócić do niego nie mogę, bo zostałabym jego więźniem.
— A chłopiec? — spytał stary. — Mój wnuk? — Jego głos drżał
z dumy, gdy to mówił.
— On musi wrócić, ojcze. Nie może tu zostać z nami. Jeszcze
nie przyszedł jego czas. — I zapłakała, a po chwili płakali wszyscy razem.
Minęło tak kilka nocy i dni, dokładnie siedem, a w tym czasie blask powrócił we włosy i oczy kobiety-foki. Nabrała rumieńców, jej wzrok się poprawił, ciało odżyło, pływała z wielką gracją. Wreszcie przyszedł czas, by chłopiec wrócił na ląd. Tej nocy dziadek i piękna matka chłopca popłynęli, trzymając go między sobą. Wypłynęli na powierzchnie.
Łagodnie umieścili Uruka na skalistym brzegu w promieniach
księżyca.
Matka zapewniała go:
— Zawsze będę z tobą. Dotknij tylko, czego ja kiedyś dotykałam,
moich patyków do krzesania ognia, mego ulu (noża), kościanych wydr, fok, które dla ciebie wyrzeźbiłam, wtedy tchnę oddech w twoje płuca, byś mógł wyśpiewać swe pieśni.
Stara srebrzysta foka i jej córka ucałowali dziecko wiele razy.
Wreszcie oderwali się od niego, odpłynęli w morze i rzuciwszy na
chłopca ostatnie spojrzenie, znikli w kipieli fal. A Uruk został, bo jego czas jeszcze nie nadszedł.
Z biegiem czasu chłopiec wyrósł na znaczącego bębniarza, pieśniarza i gawędziarza, a ludzie powiadali, że to wszystko dlatego, że w dzieciństwie, potężne focze duchy wywiodły go w morską głębinę. Potem często widywano go, jak w szarej porannej mgle, uwiązawszy kajak, klęczał na morskiej skale i rozmawiał z focza samicą, która często pojawiała się na brzegu. Choć wielu na nią polowało, nikomu nie udało się jej złowić. Nazywają ją Tanqigcaq (jasna) i mówią, że chociaż jest
foką, w jej oczach widać ludzkie spojrzenie, mądre, gorące i kochające.`

 

foka

 

Ta opowieść to wyższa szkoła jazdy, wymaga spojrzenia głębiej w swoją duszę.

Dusza. Niezbyt chętnie używane słowo, prawda? Zbyt mocno kojarzy się z religią, ponadto w mocno zracjonalizowanej kulturze zachodniej wszystko co nie jest jasne, logiczne, ściśle odmierzone i odważone może wydawać się podejrzane.

Dlatego właśnie spojrzenie wgłąb siebie i zadbanie o swoją duszę wydają się takie trudne. Czytając to o czym pisze dr Estes, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś tę opowieść czytałam i to nie raz, tylko w innej wersji. Ale o tym na samym końcu.

Motyw opuszczenia domu w krainie sił nadprzyrodzonych i zejścia na ziemię pojawia się we wszelkich mitologiach od niepamiętnych czasów, motyw ukrycia prawdziwej natury pod postacią zwierzęcia znamy z wielu legend z całego świata. Baśnie o zwierzętach tajemniczo spokrewnionych z ludźmi opowiada się na całym świecie, bo przekazują one archetypową, uniwersalną wiedzę o duszy. Czasem baśnie i opowieści ludowe tkwią korzeniami w duchu konkretnego miejsca, szczególnie bliskiego duszy. Baśń, którą przytoczę, powstała w zimnych krajach Północy, a opowiada się ją wszędzie tam, gdzie jest lodowate, zamarzające morze lub ocean. Jej różne wersje spotykamy u Celtów (np. Szkotów), plemion Indian Ameryki Północnej, na Syberii i w Islandii. Opowieść zwykle nazywa się Dziewczyna-foka, Selkie-o, Pamrauk, Mała Foka albo Eyalirtaą, Ciało Foki. U różnych ludów świata, nie wyłączając mieszkańców regionów okołopolarnych i zachodniej Afryki, spotykamy wierzenie, że człowiek dopóty nie może zacząć prawdziwego życia, dopóki jego dusza nie zrodzi ducha, dopóki go nie wychowa, nie wykarmi, nie napełni siłą. Według tych wierzeń dusza powraca potem do swego dawnego, dalekiego domu, a duch zaczyna samodzielne życie w świecie.

FOKA JAKO SYMBOL DUSZY

Aby zrozumieć dlaczego foka ma taką a nie inną symbolikę trzeba najpierw przyjrzeć się życiu tego zwierzęcia. Jest stworzeniem wodnym, to oznacza, że na co dzień obcuje z wodą symbolizującą uczucia i nieświadomość. Na brzeg wychodzi tylko po to by urodzić i wychować młode. Cały proces zajmuje około dwóch miesięcy, po tym czasie pielęgnowane troskliwie małe foki są gotowe by żyć samodzielnie. Ludzie żyjący w pobliżu tych zwierząt twierdzą, że foki są z natury łagodne, ufne i przystępne, łatwo się przywiązują, ale potrafią też szybko wyczuć niebezpieczeństwo i oddalić się z niebezpiecznego miejsca albo obronić przed atakiem przeciwnika.

Zdarza się i tak, że foka, która nie jest oswojona z ludźmi, tak jak w baśni pada ich ofiarą. Podobnie jest w życiu, chyba każdy z nas miał nieszczęście trafić w życiu na myśliwego, zabijającego w nas coś dla nas bardzo cennego, czy to uczucie, czy plany na przyszłość, czy zaufanie oraz wiarę w ludzi, i oddalającego się potem z trofeum. Dzieje się tak, bo zazwyczaj myśliwy pojawia się zupełnie niespodziewanie, często w przebraniu ekologa, a my albo nie mamy jeszcze doświadczenia, albo nasz instynkt jest przytępiony i wpadamy w jego sidła. Te, które pozwoliły się w ten sposób ograbić, nie są złe. Nie weszły na złą drogę. Nie są głupie. Brakuje im natomiast doświadczenia albo popadły w coś w rodzaju psychicznej drzemki. Pomyłką byłoby przypisywać taki stan tylko osobom młodym wiekiem. Może on się przytrafić każdej, niezależnie od wieku, przynależności etnicznej, wykształcenia i nawet dobrych intencji.

Jeżeli proces inicjacji, który zapobiega psychicznemu i emocjonalnemu okradaniu nas, przebiega prawidłowo, to potrafimy wytropić i unieszkodliwić przeciwnika wewnątrz i na zewnątrz siebie. Problem pojawia się jednak jeżeli nie ma nikogo, kto by nas w tę inicjację wtajemniczył albo osoba ta sama nie jest wystarczająco dobrym nauczycielem, bo sama nie zakończyła jeszcze tego procesu. W takiej sytuacji etap kradzieży będzie się powtarzał. Ponieważ matrylinearne linie inicjacji — starsze kobiety wpajające młodszym pewne psychiczne fakty i procedury ważne w życiu kobiety — w przypadku bardzo wielu kobiet nie istnieją, zostały zakłócone lub zerwane, więc prawdziwym błogosławieństwem jest archeologia baśni, z których możemy czerpać nauki. Wszystko, co można wydobyć z ich głębokiej mądrości, jest echem wrodzonych wzorców najbardziej integralnych psychicznych procesów kobiety. Pod tym względem baśnie i mity są wtajemniczającymi mędrcami, którzy uczą swoich następców.

UTRATA SKÓRY

Czy w tę pułapkę trzeba koniecznie wpaść? Oczywiście nie, ale nawet utrata wolności nie oznacza końca, wręcz przeciwnie, w wielu baśniach (Sinobrody, Roszponka, Narzeczona Diabła, Kwiat Dzikiej Róży) jest momentem, kiedy zaczynamy patrzeć z szerszej perspektywy i odkrywać głębsze warstwy. Z początku nieświadomi swojej siły, jesteśmy zmuszeni ją odkryć i ujawnić na zewnątrz.

Skóra jest symbolem harmonii z samą sobą i wewnętrznej spójności oraz kontaktu ze swoją pierwotną naturą. Zrzucenie jej wystawia nas na niebezpieczeństwo ataku ze strony źle wpływających na nas uczuć i ludzi, bo podobnie do skóry fizycznej chroni tę delikatną warstwę nas przed zagrożeniami. Zdjęcie jej na dłużej powoduje utratę kontaktu z własnym wnętrzem i wyczerpanie. Tak jak na fizycznej skórze zdarzają się zadrapania, tak my możemy czasami na skutek wielu zdarzeń stracić kontakt ze swoim własnym głosem. Nie jest to tragiczne w skutkach, jeżeli zdamy sobie z tego sprawę i zaczniemy przeciwdziałać, na psychice, podobnie jak na skórze fizycznej, rany goją się po usunięciu źródła zatrucia i opatrzeniu ich. Najbardziej zabójczym jest dla nas zaprzestać wsłuchiwać się w to, co mówi nasze wnętrze. Co jakiś czas tracimy poczucie, że jesteśmy całkowicie we własnej skórze, za sprawą czynników już omawianych, a także długotrwałego zniewolenia. Zagrożone są także kobiety, które zbyt długo i bez wytchnienia ciężko pracują. Skóra duszy zanika, kiedy przestajemy zauważać to, co naprawdę robimy, a zwłaszcza, kiedy nie zauważamy, jaką płacimy za to cenę. Tracimy skórę duszy, pozwalając, by zawładnęło nami ego, kiedy jesteśmy zbyt wymagające i pedantyczne, kiedy bez potrzeby stajemy się męczennicami lub kiedy popycha nas ślepa ambicja. Tracimy skórę duszy, kiedy jesteśmy niezadowolone z siebie lub rodziny, ze środowiska, z kultury czy ze świata — i nic w tej sprawie nie mówimy, nie robimy, a także wtedy, gdy udajemy, że jesteśmy
niewyczerpanym, niezastąpionym źródłem dla innych i nie robimy nic dla siebie. Skórę duszy można stracić na tyle sposobów, ile jest kobiet na świecie.

Naturalną potrzebą każdej istoty jest powrót do domu, gdzie czuje się spokojnie i bezpiecznie. Z psychiką jest dokładnie tak samo, bez regularnego powrotu do „swojego” miejsca przestaje się regenerować. Wiele osób (na szczęście) bije na alarm, że ginie naturalne środowisko i kolejne gatunki zwierząt, ale mało kto zwraca uwagę na to, że ginie również psychika. Nie pomoże jej ani wyjazd z miasta na krótki urlop ani rozdawanie siebie potrzebującym, którzy domagają się naszej uwagi czy pocieszenia. Jakkolwiek dziwnym może się to wydawać, trzeba założyć swoje własne konto wpłat i wypłat energetycznych. Kiedy poświęcamy czas, energię, uwagę czy troskę, oddajemy jakąś część siebie, a zatem wypłacamy „walutę” z naszego konta energetycznego. Jeżeli będziemy tak wypłacać i nie doładowywać konta, to prędzej czy później nieuchronnie narobimy sobie debetu.

W baśni dziewczyna-foka traci skórę podczas tańca, gdy zapamiętuje się w przyjemności i traci czujność. W takim stanie podejmujemy błędne decyzje, czy będzie to zbyt wczesny ślub i założenie rodziny, czy porzucenie czegoś bardzo dla nas ważnego w imię doraźnych, często finansowych korzyści, czy inny wybór, który sprawia, że czujemy się przytłoczeni. Tracimy wtedy mechanizmy psychiczne, które każą nam zatrzymać się i spojrzeć uważnie na sytuację, tak jak skóra reaguje na zmianę temperatury „gęsią skórką” i unoszeniem się włosów. Utrata skóry jest równoznaczna z utratą osłony, ciepła własnego ciała, systemu ostrzegania, instynktownego postrzegania. Jeśli kobieta jest psychicznie pozbawiona skóry, to zaczyna szukać tego, co tylko wydaje jej się dobre, a nie tego, czego naprawdę potrzebuje. Brak skóry sprawia, że idzie za tym, co robi wrażenie najsilniejszego, niezależnie, czy jest to dla niej dobre czy nie. Radośnie podskakuje, nie rozgląda się wokół. Zamiast traktować życie poważnie, obraca wszystko w żart, zbywa śmiechem, odkłada na potem. Uchyla się przed następnym krokiem, przed konieczną głęboką refleksją, czeka tak długo, aż coś się wreszcie wydarzy.

We współczesnej cywilizacji, która nie honoruje rytmu wewnętrznych cykli tę skórę zgubić jest bardzo łatwo. Nasza psychiczna skóra powinna tworzyć się już w dzieciństwie, dzięki pomocy rodziny czy nauczycieli objaśniających świat, pomagających się w nim poruszać i uczących stale stawiać pytania: ‘na czym to polega?’, ‘co kryje się wewnątrz?’, ‘co stanie się jeżeli to zrobię?’, ‘jak to wpłynie na innych?’. Wielu z nas nie może na to liczyć i taką skórę wytwarzamy sobie sami z biegiem życia, jednak nawet jeżeli skóra ukształtuje się prawidłowo w dzieciństwie, to od początku narażona jest na ataki ze strony otoczenia czy to osób z rodziny, czy z instytucji, czy z (pop) kultury. Zgubienie skóry to jeszcze nic straconego, trzeba ocknąć się z letargu i narzucić ją na nowo, inaczej będzie się szło przez życie bez ochrony. Choć można próbować się ustrzec przed ponowną kradzieżą, zaszywając się w skórę, bardzo niewiele kobiet osiągających pełnoletność ma na sobie więcej niż parę skrawków pierwotnej, nienaruszonej skóry. Na czas tańca odkładamy ją na bok. Uczymy się świata, ale skórę tracimy. Potem okazuje się, że bez niej zaczynamy usychać. A ponieważ większość kobiet wychowano tak, by znosiły to ze stoickim spokojem, jak ich matki przed nimi, więc nikt nie zauważa, że następuje powolna śmierć, aż pewnego dnia …

Mężczyzna – myśliwy reprezentuje w baśni ego. Ego jest najłatwiej zauważalnym elementem ludzkiej psychiki, najwcześniej się ujawniającym (na dziecięcym etapie rozwoju zaznacza się tylko nasze “ja”) i niezbędnym do zaznaczenia swojej obecności w świecie. Problem w tym, że ego jest i pozostanie właśnie na etapie rozwoju dziecka. Ma tendencję do zawłaszczania psychiki i zmniejszania wpływu innych jej aspektów na nasze zachowanie, domaga się stanowczo całej uwagi oraz energii człowieka, a to prowadzi do tego, że stajemy się głusi na głos podświadomości oraz Wyższego Ja. Ego jest krótkowzroczne, “leci” na to co szybkie, łatwe, olśniewające i pozwalające mu stać na piedestale. Bez dobrego prowadzenia ze strony dojrzalszych i mądrzejszych osób, przez całe dzieciństwo, młodość, a także często lata dorosłe jesteśmy skazani na dyktat ego nad naszym życiem. Dopiero w późniejszym wieku u części osób (bo z całą pewnością nie u wszystkich) zaczyna świtać, że jest coś więcej, coś głębiej, coś subtelniejszego, co od zawsze próbuje skomunikować się z naszą świadomością i poprowadzić nas poprzez nią przez życie. Mimo całego szacunku dla buddyzmu, nie sądzę, że trzeba się ego całkowicie pozbywać, jest przecież częścią naszej psychiki i nie da się go wyciąć z chirurgiczną precyzją, wszelkie gwałtowne operacje na psychice kończą się fatalnie. Sądzę, że ego należy po prostu zaprowadzić na plac zabaw, gdzie jest jego miejsce i trzymać je z daleka przy podejmowaniu ważnych życiowych decyzji. Można od czasu do czasu pozwolić mu zamanifestować się przy mniej ważnych sprawach, kiedy nie jest to szkodliwe dla nas ani innych ludzi, ale nie wolno mu oddawać władzy nad psychiką ani kontroli nad naszym życiem. Nie wolno oddawać mu naszej psychicznej skóry. Żadne zdrowe zwierzę nie rzuca się samo w kierunku myśliwego. Wyobraźmy sobie ego na stałej, stosunkowo krótkiej smyczy. Nie może przekroczyć pewnej granicy co do wglądu w tajemnice życia i ducha. Zwykle opanowuje je strach. Ma brzydki zwyczaj kwitowania sfery duchowej obojętnym: „To nic, tylko.. .” Potrzebuje faktów dających się obserwować. Świadectwa natury uczuciowej lub mistycznej nie przemawiają do ego. Dlatego jest osamotnione. Jego wewnętrzne struktury są ograniczone, nie może w pełni uczestniczyć w tajemniczych procesach duszy i psychiki. Ale samotny mężczyzna tęskni za duszą, mętnie rozpoznaje dzikość i duchowość, kiedy są w pobliżu.

W baśni myśliwy chce aby dziewczyna-foka zamieszkała z nim. Tak samo ego jest ciekawe duszy, ale chce ją zagarnąć dla własnych potrzeb, nie szanuje jej odrębności i nie próbuje nawiązać z nią prawdziwej relacji. Ego jest wewnętrznie puste, szuka czegoś głębokiego co je wypełni choć na chwilę, a kiedy ta chwila zgaśnie, odrzuci je i poszuka czegoś nowego. Nie ma się co łudzić, ego nie nadaje się do rozwijania relacji opartych na szacunku oraz wierności. Zawsze będzie samotne i zawsze będzie głodne interakcji, aby pożywić się na tym czego samo nie posiada. Pozwolenie na to by ego kierowało naszym zachowaniem jest bardzo niebezpieczne. To z tęsknoty za duszą ego kradnie skórę. „Zostań ze mną”, szepcze. „Uczynię cię szczęśliwą — izolując cię od twojej duszy i cykli powrotu do prawdziwego domu. Uczynię cię bardzo, bardzo szczęśliwą. Proszę, zostań”.

Trzeba przygotować się na to, że ogromna ilość, jeżeli nie większość osób, które spotykamy, egzystuje tylko na poziomie ego.

Dusza może dać się zwieść (i najczęściej tak właśnie robi), ale nie ma szans nie tylko na to, żeby rozkwitnąć, ale także by zachować swój pierwotny kształt. Dziewczyna-foka zaczyna usychać, kiedy zamieszkuje na lądzie. Jej umysł może się podporządkować ograniczeniom, ale ciało nie słucha logiki i słabnie. Ile razy dokładnie tak samo dzieje się tak w naszym życiu? Tkwimy w pracy czy związku, chociaż nasze ciało wyraźnie daje nam do zrozumienia, że nie jest to dla nas dobre? Większość przypadków kobiecych depresji, marazmu i zagubienia wynika z rygorystycznego ograniczania życia duchowego, w którym nie ma miejsca na innowacje, natchnienie, tworzenie. Kobiety posiadają ogromną siłę twórczą dającą potężne impulsy do działania. Nie możemy nie dostrzegać faktu, że w dzisiejszym świecie wciąż zdarzają się „kradzieże” i krępowanie talentów kobiet będące konsekwencją kulturowych sankcji i kar za naturalne, dzikie instynkty. Możemy wyrwać się z tego stanu, jeśli mamy dostęp do podziemnej rzeki lub choćby malutkiego źródełka bijącego ze świata ducha w nasze życie. Ale jeśli oddalona od domu kobieta poddaje się całkowicie, to stanie się jak mgła, jak opar, wreszcie jak cień dawnej, dzikiej jaźni.

Zazwyczaj nie zauważamy całego tego procesu i ignorujemy objawy, aż w końcu choroba jest tak zaawansowana, że uziemia nas i ogranicza nasze codzienne funkcjonowanie. Jesteśmy głusi na głos podświadomości, bo ego każe nam robić coś wbrew sobie aby uzyskać akceptację i poklask otoczenia. Obrazowo pisze o tym dr Estes przytaczając anegdotę swojego wuja Vilmosa, którą opowiadał gdy rodzice nadmiernie strofowali dzieci. Otóż mężczyzna zlecił krawcowi uszycie garnituru. Gdy był już gotowy i mierzył go, okazało się że marynarka jest nieco nierówna na dole. Jednak krawiec nie przejął się tym zbytnio i poradził aby klient przytrzymał krótszy koniec ręką. Kiedy ten tak postąpił, zauważył, że klapa trochę odstaje. Niezrażony tym krawiec zasugerował, żeby klient przekręcił głową i przytrzymał ją podbródkiem. Mężczyzna tak uczynił, jednak okazało się, że szew w spodniach jest zbyt ciasny i uwiera go w kroku. Na to krawiec odparł, że może przytrzymać je drugą ręką. Klient zapłacił i odszedł. Kiedy kuśtykał do domu trzymając się zaleceń krawca, zobaczyli go dwaj mężczyźni grający w parku w szachy. Jeden z nich westchnął żałując biednego kaleki, a drugi skomentował: Tak, rzeczywiście ledwo idzie, ale gdzie on dostał taki garnitur? 
Na pewno wszyscy znamy to uczucie, kiedy serce nam pęka, ale na zewnątrz trzymamy fason i uśmiechamy się jak do kamery. Reakcja drugiego staruszka trafnie odzwierciedla powszechną społeczną postawę wobec kobiety, która wypracowała sobie nienaganną personę, ale musi się okaleczać, by ją utrzymać. Owszem, jest kaleka, ale popatrzcie, jak ładnie wygląda, jakaż z niej dobra, przykładna, znająca swe miejsce pani. Nawet kiedy usychamy i kulejemy, staramy się funkcjonować normalnie i stwarzać pozory, że trzymamy wszystko w garści, że dajemy sobie radę, że wszystko w porządku. Czy to skóry duszy nam brakuje, czy też skóra narzucona przez kulturę na nas nie pasuje, skazujemy się na kalectwo, udając, że jest inaczej. Ale robiąc to, zawężamy nasze życie i płacimy wysoką cenę.

A ponieważ lekceważymy zagrożenie i zazwyczaj tłumaczymy sobie racjonalnie, dlaczego musimy trwać w chorej sytuacji (“bo mam dzieci”, “bo trzeba jakoś zarabiać”, “bo mam kredyt do spłacenia”), to zazwyczaj wyrywa nas z niej dopiero jakieś nagłe wydarzenie, kiedy już jesteśmy tak wycieńczeni, że nie możemy normalnie egzystować. W baśni to głos starca wołający znad morza.

DUCHOWE DZIECKO I GŁOS ZNAD MORZA

Mimo, że dusza nie czuje się z ego szczęśliwa, z ich związku może narodzić się dziecko – świadomość zdolne jako psychopompost do pośredniczenia między jednym a drugim, bo samo jest częścią obojga. To dziecko jest w stanie usłyszeć wewnętrzny głos psychiki wzywający do powrotu do domu i życia w rytmie cykli, zwraca w ten sposób duszy jej skórę. To właśnie dziecko zrywające się ze snu, wychodzące w ciemną wietrzną noc nad wzburzone morze sprawia, że czujemy pewność: „Bóg mi świadkiem, pójdę tą drogą”, „Wytrwam”, „Nie dam się odwieść”, „Znajdę sposób, by iść dalej”. To właśnie dziecko przynosi matce jej foczą skórę, skórę duszy. To dziecko umożliwia matce powrót do domu. Dziecko to siła duchowa, która pobudza nas do kontynuowania ważnej pracy, odpierania przeciwności, dokonywania zmian w życiu, ulepszania społeczeństwa, włączania się w działalność na rzecz równowagi w świecie … dzięki powrotom do domu. Jeśli chcemy mieć udział w tych rzeczach, to wpierw muszą nastąpić trudne zaślubiny ego z duszą, a duchowe dziecko musi zostać powołane do życia. Najdonioślejszym celem jest naprawienie błędów i powrót do domu.

To dziecko jest w stanie sforsować tamy i mury stawiane w naszej psychice od niepamiętnych czasów, może pomóc nam się otworzyć nawet jeżeli sądziliśmy, że jesteśmy na zawsze zamknięci. W naszym życiu może wiele się dziać, możemy czuć się przytłoczeni i oniemiali, ale tak długo jak to dziecko jest w stanie usłyszeć głos dobiegający znad morza – naszej podświadomości, tak jesteśmy bezpieczni i nie pozwolimy świadomości zasnąć na dobre. Dziecko nie tylko słyszy głos, ale odpowiada na to wołanie, wychodzi z domu i znajduje skórę matki, bo reprezentuje pierwotny stan, niezmieniony jeszcze przez kulturę. Nie boi się śniegu, lodu i zimna, nie jest jeszcze świadome ryzyka – gdyby było świadome, nie wyszłoby z domu. Często niepokojowi kobiety towarzyszy rozdrażnienie i poczucie, że wszystko albo ją przytłacza, albo jest niedosięgłe. Czuje się zagubiona — mniej lub bardziej — bo za długo była oddzielona od domu. To dobrze, że ma takie odczucia. One komunikują: „Przyjdź natychmiast”. Uczucie rozdarcia pojawia się, kiedy — świadomie lub nie — dobiega nas głos wzywający do powrotu i nie możemy mu odmówić, nie narażając się na krzywdy.

Dziecko wędruje nocą, co oznacza odwagę wkroczenia w nieznane. Potrafi poruszać się w ciemnościach, jego wewnętrzny wzrok odziedziczony po podświadomości wskazuje drogę. Aby zobaczyć światło, trzeba przebrnąć przez ciemną noc duszy. Wszystkie te motywy związane z poruszaniem się w ciemności zawierają odwieczne przesłanie brzmiące: „Nie bójcie się niewiedzy”. W różnych fazach życia jest ona naturalna. Baśnie i mity dodają odwagi, by iść za wołaniem, nawet jeśli nie ma się pojęcia dokąd, w jakim kierunku ani na jak długo. Wiemy tylko, że tak jak dziecko w baśni musimy zerwać się z posłania, wstać i pójść. I nawet jeśli przez jakiś czas brniemy po omacku, starając się dowiedzieć, co nas wzywa, to sam fakt, że mimo wszystko wychodzimy, niechybnie zaprowadzi nas do foczej skóry. A kiedy zaczynamy oddychać jej wonią, automatycznie czujemy: „To właśnie to. Teraz wiem, czego potrzebuję”.

Do domu idzie się w samotności i to jest kolejna blokada, bo po wiekach egzystowania we wspólnotach mamy wdrukowane w umysłach przekonanie, że bez innych ludzi, rodziny/partnera/dzieci/przyjaciół nic nie znaczymy. Większość tradycyjnych form spędzania wolnego czasu jest nastawiona na kolektywność. Kiedy zostajemy sami, często w pierwszej chwili dopada nas strach, ale kiedy pokonamy tę przeszkodę okazuje się, że samotne spędzanie czasu wcale nie jest takie złe. Ba, okazuje się być bardzo wzbogacające. Samotność nie wiąże się z brakiem energii i działania, jak się niektórym zdaje. Jest raczej darem i błogosławieństwem, jakim obdarza dzika dusza. W czasach starożytnych, jak przekazują znachorzy, mistycy i ludzie głęboko religijni, dobrowolna izolacja od świata miała działać zarówno kojąco, jak i zapobiegawczo. Zalecano ją, by leczyć znużenie, unikać zmęczenia. Sprzyjała też przepowiadaniu przyszłości, dawała; możność wsłuchania się w wewnętrzny głos, który miał udzielić odpowiedzi na trudne pytania, głos niedosłyszalny w zgiełku dnia.

Najtrudniej jest wyruszyć. Dziewczyna-foka zwleka choć już nie tylko serce, ale i ciało dają jej wyraźne sygnały, że czas najwyższy opuścić stały ląd i powrócić na morze. Ziemia jako żywioł zawsze była symbolem stabilności, stateczności i solidności, ale także uporu, zatwardziałości i konserwatyzmu. Każdy kto pracował w polu albo w ogrodzie wie, ile trzeba wysiłku, żeby ją poruszyć. Ziemia jest dobra jeżeli chcemy osiąść i budować, ale potrafi być przez tą stabilność zwodnicza. Uspokaja tak, że nie widzimy, gdzie czają się zagrożenia. Wpadamy w powtarzalność i rutynę. Sądzimy, że jeżeli będziemy sobie spokojnie mieszkać w swoim domu to nic złego nam się nie przydarzy. I właśnie to nas usypia, bo chociaż morze potrafi być groźne, to rutyna na dłuższą metę jest o wiele bardziej szkodliwa. Nie wierzycie? Zapytajcie tych, którzy wpadli w depresję. Kiedy nie masz czym żywić duszy, ona przestaje żywić ciebie. Dzieje się to powoli, tak że nawet się tego nie zauważa, tłumaczy się sobie, że to tylko zły humor, że to samo przejdzie, że jest to spowodowane przez x albo y i na pewno minie jak już załatwię x czy y …ale wcale nie mija. Nagle zaczyna się tracić apetyt, chudnąć, miewać zmienne nastroje, po jakimś czasie nie da się już skoncentrować ani kończyć rozpoczętych spraw, aż w końcu nie da się już nawet rano zwlec z łóżka. Brzmi znajomo dla wielu z was? Dlatego nie ma wyjścia, cokolwiek by się miało nie dziać, trzeba wyczuć moment gdy koniecznie trzeba już wracać do morza. Kiedy kobieta zbyt długo jest z dala od domu, traci stopniowo umiejętność czynienia postępów w życiu. Zamiast ciągnąć zaprzęg, który sama wybrała, wlecze go ze spuszczoną głową. Z wyczerpania mąci jej się w oczach i omija miejsca, gdzie mogłaby znaleźć pomoc i pociechę. „Martwy pomiot” to pozbawione życia, wypijające energię ideały, obowiązki, zadania i wymagania, w których ponosi porażkę. Taka kobieta staje się wyblakła i nieciekawa, za to gderliwa i uparta, coraz bardziej kłótliwa i rozbita. Jej lont nie pali się długo. Potoczny język nazywa to „wypaleniem”, ale to coś gorszego, to hambre del alma — głód duszy. Wówczas kobieta chwyta się ostatniej deski ratunku. W końcu dociera do niej, że musi — nie „być może”, nie „dobrze by było”, ale musi — powrócić do domu.

Nie liczcie na to, że otoczenie wam to ułatwi. Zawsze znajdą się ludzie wypaleni i puści od środka tak jak myśliwy, który łamiąc obietnicę, nie zwraca kobiecie skóry. Zawsze znajdą się ludzie, którzy często pod przykrywką rady i opieki, będą dawać ci dokładne wytyczne jacy powinniście być i co powinniście robić. Zawsze znajdą się tacy, którzy pod pozorem pragmatyzmu będą cię zniechęcać do nowych przedsięwzięć. Pytanie tylko co z tym zrobisz? Jak się zachowasz? Będziesz dalej usychać czy odważysz się powrócić do domu? 
Wybór należy do ciebie, ale powiem jedno: jeżeli pozostaniesz i będziesz nadal usychać to za jakiś czas, gdy w twoim otoczeniu pojawi się dziewczyna-foka w podobnej sytuacji, to ty będziesz jedną z tych powstrzymujących ją przed ruszeniem w morze.

Zbyt wiele takich zmęczonych, wypalonych, nieciekawych, gderliwych i upartych kobiet miałam nieszczęście spotkać w życiu, aby ci tego nie powiedzieć. Która kobieta nie zna na pamięć tych nigdy nie dotrzymanych obietnic? „Jak tylko skończę to czy tamto, pójdę … Jak tylko uda mi się wyrwać od … Pójdę, jak tylko przyjdzie wiosna … Pójdę, niech tylko minie lato. Gdy dzieci pójdą do szkoły … późną jesienią, kiedy drzewa są takie piękne, wtedy już pójdę. Nie, w zimie nie ma co zaczynać. Poczekam na wiosnę … tym razem na pewno”. Powrót do domu jest szczególnie ważny i naglący, jeżeli uwikłane w codzienne sprawy, przegapimy właściwy moment. Tylko kiedy przychodzi ten właściwy moment? Dla każdej kobiety w innym czasie, dość powiedzieć, że kobieta z absolutną pewnością wie, kiedy już za długo zostaje w świecie. Wie, kiedy zaczyna się spóźniać. Jej ciało jest tu i teraz, ale umysł błądzi daleko.

Zwlekanie jest powszechnie występującym mechanizmem psychicznym, który skutecznie blokuje nas przed rozwojem. Bardzo często mówimy sobie że zrobimy to i tamto, nawet dokładnie wyznaczamy sobie datę, po czym nic się nie dzieje i zaczynamy od początku te ‘obiecanki – cacanki’. Innym czynnikiem blokującym jest przekonanie, że jest się niezastąpionym i że bez naszej pomocy na pewno nikt sobie nie poradzi. Niektórzy lekceważą to przeświadczenie jako w gruncie rzeczy nieszkodliwe, ale ja mówię wprost: jest wyjątkowo szkodliwe. Ignorując swoje potrzeby pokazujesz dzieciom, że to normalne. Twoje dzieci będą robić to samo, kiedy dorosną. Na pewno tego chcesz? To przekonanie o byciu niezastąpionym pochodzi od twojego ego i uaktywnia się, jeżeli nie masz innych płaszczyzn, na których możesz się realizować. O ile nie czujesz się silna od wewnątrz i spełniona również w jakiejś innej dziedzinie to łatwo dasz wiarę temu co mówi ego, bo w czymś w końcu musisz czuć się pewnie i dobrze. Gorzej dla osób w twoim otoczeniu, bo chociaż kryje się to pod przykrywką opieki to jednak skutecznie wykoślawia ich psychikę, rozleniwia, zniechęca do poszukiwania i do wiary we własne siły. Jeżeli zwlekasz to być może również dlatego, że sądzisz, że nie będziesz zrozumiana. Ale czy teraz jesteś? Czy jesteś rozumiana, szanowana, akceptowana i otaczana życzliwością? Przeszkadzać może również nieustanne pragnienie bycia przydatną i robienia wielu pożytecznych rzeczy. Samo w sobie bycie pożytecznym nie jest złe, jednak trzeba wiedzieć kiedy wyznaczyć temu granicę, co nie jest łatwe, bo w większości kultur kobieta jest traktowana jako naturalna opiekunka ogniska domowego, dzieci i starszych. Jeżeli nie ustanowimy dobrego hasła zabezpieczającego, to do naszego psychicznego konta będą stale włamywali się hakerzy i wykradali nasze zasoby. Nie trzeba na każdym kroku udowadniać, że jesteśmy przydatni. Mamy prawo do własnych potrzeb. Trzeba podkreślić, że powrót do domu może dla każdej kobiety oznaczać co innego. Mój przyjaciel, rumuński malarz, dobrze wiedział, że dla jego babci powrót do domu oznaczał posiedzieć na drewnianym krześle na końcu ogrodu i patrzeć w słońce szeroko otwartymi oczami. „To dobrze robi moim oczom”, mawiała. Wszyscy wiedzieli, że nie wolno jej wtedy przeszkadzać, a jeśli nie wiedzieli, to szybko się dowiadywali. Zauważmy też, że powrót do domu wcale nie wiąże się z wydawaniem pieniędzy. Trzeba natomiast zainwestować swój czas. Trzeba aktu woli, by powiedzieć nieodwołalnie: „Idę”. Jak radzi moja przyjaciółka, można zawołać przez ramię: „Nie ma mnie dla nikogo, ale niedługo wrócę”, nie przerywając marszu.

Wprawdzie są krótkie chwile — na przykład różnego rodzaju doświadczenia duchowe — kiedy archetypy emanują z nas wielkim blaskiem, jednak żadna kobieta nie może nieprzerwanie utożsamiać się z archetypem. Tylko archetyp sam w sobie może być zawsze gotowy, wszechobdarzający, wiecznie dynamiczny, energiczny, wszechpotężny. Można gorliwie próbować go naśladować, ale należy pamiętać, że to ideał nieosiągalny dla śmiertelników i wcale nie trzeba mu dorównać. Pułapka polega na tym, że od kobiety wymaga się, by do ostatnich sił starała się wzbić na te nierealne wyżyny. By tego uniknąć, trzeba się nauczyć mówić: „Dość”, i to stanowczo.

ZANURZENIE

Nasz psychiczny dom oznacza coś innego dla każdego z nas, to czynność, w trakcie której czujemy się naturalnie. Rozpoznajemy łatwo co nią jest, przy niej zatrzymują się na dłużej nasze uczucia, a umysł nie odrywa myślami o tym, że to czy tamto jest ważniejsze. Dom to nie miejsce, tylko stan umysłu i duszy. Ile czasu w nim spędzać? Tyle ile potrzebujesz, żeby choć częściowo się zregenerować. Jak często tam zaglądać? Najlepiej regularnie, zwłaszcza jeżeli jesteś osobą szczególnie wrażliwą lub prowadzisz bardzo aktywne życie. Tak jak mówi przysłowie: Jak długo medytować? Jeżeli masz czas to przez dwadzieścia minut, a jeżeli nie masz czasu to przez godzinę.

Oczywiście, wielu czytając te słowa kręci głowami i mówi, że nie, że ma obowiązki, że nie ma czasu. Otóż przykro mi to mówić, moi drodzy, ale są to myśli z kategorii tischnerowskiej “gówno prawdy”. Rzeczywistość jest taka, że jeżeli będziecie chcieli, to wygospodarujecie ten czas. Z moich obserwacji wynika, że matki małych dzieci są wyjątkowo dobrze zorganizowane. Technicznie to nie jest aż taki problem dopisać “chwila dla mnie” do listy rzeczy do zrobienia, problem tkwi w głowie. Bo prawda jest taka, że wiele z was nie myśli o tym jako o rzeczy koniecznej takiej jak ugotowanie obiadu czy zrobienie prania. I to jest bardzo smutne … Niezależnie od tego, czy w domu spędza się godzinę czy kilka dni, dobrze jest pamiętać, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w tym czasie ktoś inny zaopiekował się kotem, choćby sam kot twierdził, że tylko właścicielka umie go głaskać. Pies zechce wzbudzić litość, zachowując się jak porzucony szczeniak, ale w końcu przebaczy. Trawnik spłowieje, ale niedługo odżyje. Tęsknota za dzieckiem wzmocni radość powitania po powrocie. Mąż będzie zrzędził, ale nastąpi pogodzenie. Szef zacznie rzucać pogróżki, ale da się ugłaskać. Zwlekanie z powrotem jest szaleństwem. 
Powrót do domu przynosi psychiczne zdrowie.

Co jeszcze dzieje się jeżeli zwlekamy? Nierozładowywany gniew narasta i wybucha często pod byle pretekstem. Jeżeli nie powracamy do psychicznego domu, to kiedy nie możemy już wytrzymać, wpadamy w ślepą furię i stawiamy wszystko na ostrzu noża. Tymczasem walkę powinniśmy toczyć nie z wrogiem na zewnątrz, a tym wewnątrz nas, który sprawia, że stopniowo, dzień po dniu, rezygnujemy, poddajemy się, dopasowujemy zamiast od początku jasno i wyraźnie manifestować to, czego potrzebujemy. To wyjątkowo podstępny wróg, kryjący się często pod płaszczykiem “zdrowego rozsądku” czy “logiki”* i wspierany przez kulturę, religię, często przełożonych, starsze panie w rodzinie oraz pseudoprzyjaciółki, trzeba go tropić i unieszkodliwiać za każdym razem, gdy atakuje. Tym, którzy protestują, możesz wytłumaczyć, że kiedy wrócisz będziesz wypoczęta i silniejsza, jest duża szansa, że to zrozumieją i zaakceptują. Jeżeli mimo twoich tłumaczeń, nie potrafią się na to zgodzić, to zastanów się głębiej jak ta relacja wygląda i na czym się opiera. Być może stoisz wobec wyboru: albo porzucę daną osobę/pracę, albo porzucę siebie. Mnóstwo jest takich wehikułów, dzięki którym kobieta dociera do domu: muzyka, sztuka, las, spienione fale oceanu, wschody słońca, samotność. Wiodą one do domu, do odżywczego wewnętrznego świata, który rządzi się własnym ładem, własnymi ideami, własnym bogactwem. Niektóre kobiety nigdy nie udają się do domu, zamiast niego wybierając życie a la zona zombi — w strefie zombi, w martwej strefie. Najokrutniejszy w tej martwej egzystencji jest fakt, że kobieta funkcjonuje, chodzi, mówi, działa, nawet osiąga wiele rzeczy, ale już nie potrafi odczuć negatywnych skutków tego, co się z nią stało — gdyby mogła, nieznośny ból kazałby jej natychmiast coś zmienić. Niestety, kobieta w takim stanie ducha, utykając, brnie dalej z wyciągniętymi ramionami, broni się przed bolesną tęsknotą za domem; jest ślepa i, jak mówią na Bahamach, sparat, co znaczy, że dusza ją opuściła i cokolwiek teraz zrobi, czuje się jakby nierzeczywista. Doznaje dziwacznego poczucia, że choć wiele zdziałała, nie dało jej to żadnej satysfakcji. Robi to, czego, jak sądzi, zawsze pragnęła, ale skarb w jej rękach niewytłumaczalnie obraca się w popioły. 
Dobrze, jeśli kobieta ma tego świadomość. Niezadowolenie to sekretne drzwi do wielkiej życiowej przemiany.

ODDYCHANIE POD WODA I WYNURZENIE

Dziecko pośredniczące między świadomością i nieświadomością, między sferą wyobrażeń a światem realnym pozwala na to by swobodnie poruszać się między tym co jest naszym domem a obowiązkami dnia codziennego. W baśni matka wcale nie porzuca syna, tylko na jakiś czas zabiera go pod wodę i przedstawia swojej foczej rodzinie. Mimo że ma pozostać na lądzie, to jednak potrafi poruszać się także w wodzie i komunikować się z istotami w niej żyjącymi. To odzwierciedla przepływ energii między świadomością a nieświadomością: nasze marzenia i plany z planu abstrakcyjnego są wcielane w realnym wymiarze, a wydarzenia ze świata realnego bezpośrednio wpływają na sferę nieświadomości przejawiając się jako sny i wizje. Nie możemy pozostać na zawsze w sferze marzeń skoro żyjemy w świecie materialnym. W baśni matka pozostaje w morzu, jednak utrzymuje kontakt ze swoim dzieckiem, pozostawia mu narzędzia, które sprawią, że będzie o niej pamiętał (symbolicznie krzesiwo przedstawia gotowość do tworzenia, zaczynania, “rozpalania ognia”, a nóż pomaga poruszać się w rzeczywistości, funkcjonować w niej i “operować”). Dlatego syn nie pozostaje w odmętach morskich, spokojnie wraca na ląd wiedząc, że zachowa kontakt z matką. Komunikuje się z nią regularnie, kiedy ta podpływa do lądu. Gdy powracamy do zgiełku tego świata, zwłaszcza jeśli podczas podróży do domu byłyśmy w jakiś sposób odseparowane, ludzie, maszyny i inne przedmioty wydają się jakieś obce, niesamowite, nawet zwykłe rozmowy otaczających nas ludzi brzmią jakoś niedorzecznie. Ta faza powrotu, powtórne wejście w świat, jest najzupełniej naturalna. Uczucie „bycia z innego świata” mija po kilku godzinach lub kilku dniach. Potem spędzimy dłuższy okres w ziemskiej codzienności, napędzane energią zebraną podczas podróży do domu, wciąż wprawiając się w kontaktach z duszą przez oddawanie się samotności.

Jeżeli zacznie się praktykować, to prędzej czy później nauczy się powracać do domu nawet w obecności innych osób. Na pewno każdy z nas zna te momenty kiedy “wyłączamy” lub “zawieszamy się” będąc w pracy, na zajęciach czy towarzystwie. To normalna reakcja mózgu, kiedy od intensywnego myślenia “przegrzewają się obwody” i umysł zwalnia. To samo można zrobić świadomie, kiedy akurat siedzi się na nudnym zebraniu czy czekając w kolejce do kasy. Jak jednak zawezwać duszę? Sposobów jest wiele: medytacja, wszystkie czynności mające własny rytm, jak bieganie, bębnienie, śpiewanie, pisanie, malowanie, muzykowanie, piękne widoki, modlitwa, kontemplacja, obrzędy i rytuały, znieruchomienie, wywoływanie nastrojów i myśli. Wszystko to są psychiczne wezwania, sprowadzające duszę do jej siedziby. Jestem zwolenniczką metod nie wymagających ani specjalnych rekwizytów, ani żadnego specjalnego miejsca — takich, które dostępne są w każdej chwili. Oznacza to posługiwanie się tylko umysłem. Każda zna przynajmniej jeden stan umysłu, który sprzyja temu rodzajowi samotności. Dla mnie samotność jest jak składany las, który noszę ze sobą wszędzie; rozkładam go wokół siebie, kiedy mam taką potrzebę. Siadam u stóp wielkich starych drzew dzieciństwa. Z tej dogodnej pozycji zadaję pytania, otrzymuję odpowiedzi, potem zwijam leśne ostępy do rozmiarów listka — do następnego razu. To doświadczenie bezpośrednie, krótkie i bardzo pouczające. Jedyną rzeczą, jakiej człowiek istotnie potrzebuje, by znaleźć się w dobrowolnym odosobnieniu, jest zdolność wyeliminowania wszystkiego, co przeszkadza i rozprasza. Kobieta może się nauczyć „wyłączać” na innych ludzi, dźwięki, rozmowy, bez względu na to, czy jest zaangażowana w spór na zebraniu rady, czy dręczy się bałaganem w domu, czy otacza ją tłum rozgadanych krewnych po trzydniowym balu. Jeśli byłaś nastolatką, to z pewnością wiesz, jak się odseparować i wyłączyć. Jeśli byłaś matką źle sypiającego dwulatka, to wiesz, jak zdobyć dla siebie trochę samotności. Nie jest trudno tego dokonać, trudno tylko o tym na co dzień pamiętać.

Oczywiście, może być to niemile widziane, szczególnie w miejscach publicznych, bo kultura w jakiej żyjemy, nie lubi kiedy obcujemy z duszą. Ale jedynym komentarzem, jaki na to mam to słowa Friedriecha Nietzschego: Nie znoszę, kiedy ktoś kradnie moją samotność, nie oferując w zamian prawdziwego towarzystwa (“I hate who steals my solitude without really offering true company”). Nie oferujesz mi nic oprócz swojego ego? Nie dajesz niczego, co wzbogaci moją duszę? To nie kradnij mojego czasu. Stanowczo zbyt bardzo przyzwyczailiśmy się do rzeczywistości, która karmi ego, a nie duszę i traktujemy ją jako normalną sytuację. To tak jakbyśmy na stałe zaczęli żywić się w barach z fast foodem, nasze zdrowie mentalne i emocjonalne bardzo cierpi na takiej diecie. Dbamy o to jak wyglądać na zewnątrz, a nasze wnętrze płacze z zaniedbania. O ile są pewne miejsca, gdzie nie wejdzie się bez odpowiedniego ubrania, to nie mamy wyrobionych mechanizmów, które izolują od nas osoby nie posiadające wystarczająco atrakcyjnego charakteru. Najwyższy czas je sobie wyrobić. Przypomina mi się akcja: “Nie czytasz książek? Nie idę z tobą do łóżka”. Może zmodyfikujmy ją na: “Nie masz ciekawej osobowości ani bujnej wyobraźni? Nie poświęcę ci więcej czasu niż to absolutnie konieczne.” A nuż do kogoś dotrze, że na dłuższą metę liczy się właśnie piękny charakter, a nie piękna otoczka. Mądrość nigdy nie była w cenie, a bogate wnętrze zawsze skazywało na izolację, tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy. A być może to jest właśnie moment na to aby to zmienić? Cytując Junga: Byłoby znacznie lepiej, gdybyśmy umieli po prostu się przyznać do naszego duchowego ubóstwa. A jeszcze lepiej byłoby gdyby po przyznaniu się, umieli zacząć pracować nad sobą i budować bogactwo.

Zwróćcie uwagę na zakończenie baśni – wielu myśliwych próbowało znaleźć i zabić fokę, jednak bezskutecznie.

Powrót do psychicznego domu nie wymaga zamożności, pozycji społecznej, wykształcenia ani fizycznej mobilności. Naturalne cykle może rozbudzić nawet pojedyncze źdźbło trawy, nawet mały kawałek nieba, nawet jeden zabłąkany chwast między płytkami chodnika. Wszystkie możemy wypłynąć na morze. Wszystkie możemy pojednać się z foką na skale. Każdej kobiecie należy się to pojednanie: matkom z kilkorgiem dzieci, kobietom zakochanym, samotnym, pracującym, kobietom w depresji, kobietom sukcesu, kobietom zamkniętym w sobie, otwartym na świat, obciążonym poważnymi obowiązkami.

TO NIE JEST KRAJ PRZYJAZNY DUSZY

Jeżeli czytasz te słowa, to albo żyjesz albo wychowałaś się w tym samym polskim kręgu językowym i kulturowym co ja. Dlatego parafrazując tytuł powieści Cormaca McCarthy’ego `To Nie Jest Kraj Dla Starych Ludzi`, chcę powiedzieć o tym do czego dotarłam po latach obserwacji: jeżeli masz duszę, która mocno przebija się przez warstwy ego, to będziesz w tym kraju mniej lub bardziej cierpieć.

Skąd wysnuwam taki wniosek? Wystarczy spojrzeć na mentalność osób urodzonych w Polsce i powiązać ją z historią. Wieloletnie zabory, dwie wojny światowe, dwa totalitaryzmy …to nie mogło nie odcisnąć piętna na zbiorowej mentalności. Jak zapewne była już o tym mowa sam pojedynczy traumatyczny wypadek ma ogromny wpływ na psychikę, a co dopiero lata przemocy i opresji. Polacy jako naród mają psychikę ofiary. Cierpią na zbiorowe, nieodreagowane PTSD i nieświadomie przekazują swoje lęki z pokolenia na pokolenie. Przykład z własnego życia: jako dziecko byłam tzw. „niejadkiem” co oznacza, że po prostu jadłam ile chciałam, a nie tyle ile ładowały mi na talerz matka czy babcia. Pamiętam, że byłam akurat „na przechowaniu” u dziadków i zjadłam połowę zupy, a reszty już nie chciałam. Babcia wszelkimi szantażami emocjonalnymi namawiała mnie do zjedzenia reszty, a dziadek opowiadał jak to w czasie wojny nie miał co jeść, kiedy był więźniem na robotach przymusowych. I to wszystko działo się w latach siedemdziesiątych, czterdzieści (!) lat po wojnie moi dziadkowie nadal funkcjonowali według psychicznych wzorców, których nabrali za młodu, a te wzorce nastawione były na przeżycie, nie na wzrastanie. Nie ma się co dziwić, że na co dzień tak bardzo dołują nas beznadzieja i bylejakość, szczególnie jeżeli ma się cechy, które jak pisze dr Estes cechują Dziką Istotę: spontaniczność, kreatywność, niezależność, intuicję, wyczucie czasu … Ponieważ spontaniczna, twórcza i ciekawa świata dusza jest w tych realiach bardzo źle traktowana to chowa się do wewnątrz jak ślimak czy żółw, wycofuje się do swojego własnego, bezpiecznego świata, gdzie nie będzie narażona na agresję, niechęć oraz brak szacunku i akceptacji.

Nie lubię robić wycieczek w kierunku socjologii, bo jest nastawiona na społeczeństwo, a mnie interesuje jednostka, ale nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy słyszę, że dwudziestolatkowie są niby „straconym pokoleniem”. No błagam! Mają całe życie przed sobą, jeszcze wszystko może im się świetnie poukładać i wszystkiego mogą się nauczyć (szczególnie jeżeli starsi zejdą trochę z piedestału ego i zaczną traktować ich z szacunkiem, przekazując wiedzę, a nie zestaw gotowych rad na życie). Oni nie są przegrani, oni są najwyżej zagubieni, onieśmieleni i niedokształceni, ale to wszystko da się jeszcze wyprostować. Im się jeszcze chce, oni nadal poszukują. Jeżeli miałabym rzeczywiście koniecznie znajdować jakieś stracone pokolenie (chociaż, tak jak już mówiłam, wolę myśleć w kategoriach jednostki niż zbiorowości) to wskazałabym na to wojenne. Nasze babcie i dziadkowie zastygli w swojej mentalności i frustrują się, że świat nie chce być nadal taki jaki był za czasów ich młodości. Nie znoszę także zwalania wszystkiego na patriarchat, ale w tym kraju rzeczywiście pokutuje przekonanie, że pewne rzeczy należą się z racji starszeństwa i to również przyczynia się do tego, że jest to kraj nieprzyjazny duszy oraz Dzikim Istotom. Dzikie Istoty bowiem z natury są młode niezależnie od fizycznego wieku i nie podlegają sztywnym, patriarchalnym strukturom. Nie mówię tego, żeby kogoś zranić czy umniejszać czyjś wkład w życie, ja po prostu mówię o swoich obserwacjach i nie wymagam, żeby wszyscy się ze mną zgadzali**.

Co więcej, sądzę, że jest to cecha całego rejonu środkowo- i wschodnioeuropejskiego. Żyjemy podwójnym życiem, inni pokazujemy się na zewnątrz, a inni jesteśmy sami z sobą. Uciekamy wewnątrz siebie, jak to się kiedyś mówiło udajemy się na wewnętrzną emigrację, bo mentalności dookoła nas nie jesteśmy w stanie zmienić. To ciekawe jak często w baśniach rosyjskich (takich jak Królewna w Żabę Przemieniona czy Piórko Finista Jasnego Cud Sokoła), człowiek zamienia się w zwierzę, a zwierzęta pomagają ludziom. To piękne, fantastyczne opowieści o poszukiwaniu, niepoddawaniu się, stawianiu czoła własnym lękom i ograniczeniom (Baba Jaga i Kościej!), które warto czytać dzieciom …

Ale gdybym ja miała dać jakąś radę duszy, która miała nieszczęście urodzić się w tym kraju, to osobiście polecam baśń szwedzką Córka Słońca i Księżyca. Dziewczyna schodzi z niebios na ziemię i za każdym razem Słońce oraz Księżyc wzywają ją do powrotu, jednak za którymś razem zostaje ona na Ziemi z miłości do mężczyzny. Często zdarza się tak, że rezygnujemy z czegoś zawierając związek małżeński, prawda? Wprawdzie życie dziewczyny dobrze się układa, jest szczęśliwa i ma dzieci z mężem, ale za cenę milczenia o tym, kim naprawdę jest. W pewnym momencie nie może już dłużej tego wytrzymać (prawda wychodzi na jaw, gdy zabiera z rabatki roślinę …dziewczyna przeżywająca transformację zrywając kwiat …stary jak świat motyw, prawda?) i powraca wraz z dziećmi do domu jako gwiazdy.

Jak ja interpretuję tę baśń? Jeżeli urodziłaś się na tym świecie, a czujesz, że nie jesteś z niego, to nie wpadaj we frustrację, nie daj się przekonać, że to z Tobą jest coś nie tak i nie próbuj niewolniczo naśladować tych, co to mają pełno pomysłów na Twoje życie. Gdyby ktoś mnie zapytał o radę (i tylko wtedy), powiedziałabym, żeby robić to co dziewczyna z baśni: schodzić na dół, wykonywać to co jest potrzebne do przeżycia, ale nie przykładać do tego wagi, większej niż na to zasługuje. Jeżeli przerastasz otoczenie, to nie kul się w sobie i nie próbuj zniżać do otaczającego Cię poziomu w nadziei na akceptację. Ludzie z twojego otoczenia i tak wyczują, że nie jesteś „swoja” i nie obdarzą Cię miłością czy akceptacją. Próbując się dostosować, będziesz krok po kroku porzucać samą siebie. Taka transakcja się nie opłaca. Nie rzucaj pereł przed wieprze. Ostatecznie dziewczyna i tak wraca tam skąd pochodzi, bo ciągnie ją do domu …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii bajka terapeutyczna

 

Nie potrzebujesz czyjejś aprobaty, by zmienić swoje życie …

03 cze

 

Żałuję, że gdy miałam 20, 30 lat, jakaś starsza, mądrzejsza kobieta nie poświęciła czasu, by pomóc mi nakreślić drogę życia, która dałaby mi spełnienie i szczęście. Takie wskazówki ułatwiłby i tak skomplikowaną podróż przez życie i dały więcej pewności siebie, jasności i spokoju   ;-)

Połowa życia za mną. Z jednej strony czuję się wolna jak nigdy. Z drugiej mam świadomość, że się starzeję …

Wnioskami postanowiłam podzielić się, by dać Wam rady, których sama nigdy nie dostałam. Te 15 zasad ma Wam oszczędzić zmartwień i niepokoju:

1. Zadbaj o zdrowy tryb życia

Mimo że media huczą o tym, jak szkodliwy jest stres, to wciąż większość ludzi żyje pod ogromną presją. Nie zdają sobie sprawy z tego, że 95 proc. wszystkich chorób na świecie wynika z niezdrowego stylu życia i stresu. Wysiłek fizyczny, sposób odżywiania, zdrowe relacje i minimalizowanie stresu to podstawy zdrowego trybu życia.

2. Otaczaj się przyjaciółmi i rodziną – ludźmi, którzy cię wspierają i dbają o twój rozwój

Nie warto poświęcać czasu i uwagi osobom, które mają na nas negatywny wpływ – plotkują, osądzają innych, wysysają z nas energię swoim ciągłym narzekaniem. Lepiej zadbać o wąskie grono najbliższych przyjaciół, niż tkwić w wielu toksycznych relacjach.

3. Naucz się mówić „nie”

Potrzeba czasu, by nauczyć się odmawiać, ale to cenna umiejętność. Kobiety, które często bez refleksji przyjmują dodatkowe obowiązki, będą zachwycone efektami tego magicznego słowa. „Nie” sprawi, że będą miały więcej czasu dla siebie i swoich pasji.

4. Usuń „powinnam” ze swojego słownika

Gdy tylko usłyszysz, że na głos lub w myśli wypowiadasz to słowa, zatrzymaj się i zapytaj samą siebie: dlaczego – dlaczego powinnam to zrobić? Ludzie, którzy wypełniają dni powinnościami, często są nieusatysfakcjonowani życiem. Najlepiej zamienić „powinnam” na „chcę” lub „mam ochotę”.

5. Zastąp automatyczne negatywne myśli automatycznymi pozytywnymi

Brzmi banalnie, ale działa. Wiele kobiet nieustannie zadręcza się myślami: „nie jestem wystarczająco dobra, wystarczająco ładna, wystarczająco mądra”. Takie myśli trzeba łapać, a następnie zastępować pozytywnymi – „jestem wystarczająco…”. To doskonała metoda autoterapii – szybko zauważycie efekty … Będziecie lżejsze, jakby ktoś zdjął z Was spory ciężar.

6. Zaakceptuj i pokochaj siebie

Tę tylko pozornie banalną poradę znowu można łatwo przećwiczyć. Wystarczy każdego dnia porozmawiać chwilę ze swoim odbiciem w lustrze. Powiedzieć sobie: „ładnie wyglądasz, jesteś piękna, kocham cię”. Z początku będzie to brzmieć śmiesznie, ale wkrótce okaże się, że takie komplementy przynoszą realne skutki w postaci większej pewności siebie.

7. Bądź wdzięczna

Warto poświęcić 5 minut dziennie, by nauczyć się wdzięczności, bo zmienia ona nastawienie do życia. Najlepiej usiąść w fotelu lub na balkonie i spisać to, za co jest się wdzięcznym. Pisać wszystko, co przychodzi do głowy, a potem zadumać się nad tym przez chwilę.

8. Pracuj nad samoświadomością

Ucz się wyczuwać i rozpoznawać swoje nastroje, motywacje i pragnienia. Zamiast bezmyślnie biec dokądś każdego dnia, zatrzymuj się, zastanawiaj, dlaczego czujesz się tak, a nie inaczej. Jeśli widzisz, że w danej sytuacji reagujesz wyjątkowo negatywnie, zapisz to, przyjrzyj się swoim emocjom. Jeśli chcesz, następnym razem możesz próbować na tę samą sytuację zareagować inaczej.

9. Weź odpowiedzialność za swoje decyzje

Obwinianie wszystkich i wszystkiego za to, że jesteś nieszczęśliwa, sprawi, że nigdy nie ruszysz z miejsca – nie zmienisz ani swojego postępowania, ani podejścia. Staraj się łapać krytyczny głos w swojej głowie, który mówi: „gdybym tylko mogła…” i zastępować go zdaniem: „Jestem odpowiedzialna za moje życie i moje decyzje. Biorę je w swoje ręce i wybieram…”.

10. Przestań się przejmować tym, co pomyślą inni

Kobiety od dziecka uczone są szukania uznania w oczach innych. Jeśli wciąż czekasz na czyjąś zgodę i aprobatę, zanim przejedziesz do działania, czas z tym zerwać. Marnowanie czasu na tak trywialną czynność nie tylko cię wycieńcza, ale i sprawia, że zaczynasz wątpić we własne możliwości. Pamiętaj, że jedyną osobą, która musi zaakceptować twoje wybory, jesteś ty sama – nie potrzebujesz niczyjej zgody na działanie.

11. Ucz się słuchać

Zawsze więcej nauczymy się, słuchając, niż mówiąc. Czy to w towarzystwie starego znajomego, przypadkowego przechodnia, członka rodziny czy współpracownika – lepiej trenować słuchanie i zadawanie trafnych pytań niż opowiadanie o sobie. Takie podejście do rozmów prawdopodobnie wpłynie także pozytywnie na budowanie głębszych relacji oraz rozwój emocjonalny – uważnych słuchaczy wciąż na świecie brakuje.

12. Obudź w sobie ciekawość

Świat przekonuje nas nieustannie, że wszędzie brakuje specjalistów, że priorytetem jest produktywność i dogłębna ekspertyza. To może być prawdą w życiu zawodowym, ale w prywatnym niekoniecznie. Ten, kto chce twórczego podejścia do życia, niech co rusz próbuje czegoś nowego, niech uczy się nowości – jak dziecko. Odpuść sobie poziom zaawansowany w jednej dziedzinie. O wiele lepiej być początkującym w wielu dziedzinach.

13. Przebaczaj

Wielu z nas urazę potrafi chować przez lata. Nieumiejętność przebaczania innym wiąże się jednak zwykle z żalem do samego siebie. Złap wewnętrzny głos, który krytykuje innych, bo to, co myślisz o nich, jest zwykle odbiciem tego, co myślisz o sobie.

I odpuść. Tylko w ten sposób odjedzie złość i krzywda, a na jej miejsce wejdzie uczcie współczucia, ulga.

14. Przebywaj na łonie natury

Przebywanie w otoczeniu lasów, gór, mórz jest najlepszym sposobem na odstresowanie. 20 minut dziennie na świeżym powietrzu potrafi zmienić twoje podejście do życia i oczyścić umysł. Trzeba tylko wyłączyć telefon.

15. Nie traktuj siebie zbyt serio

Życie to paradoks. Z jednej strony jeśli chcesz, by miało głębokie znaczenie, musisz na poważnie się w nie zaangażować. Z drugiej – niekoniecznie, bo przecież najważniejszy jest śmiech, zabawa i swoboda. Tylko one dadzą ci w życiu prawdziwą przyjemność  :-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii osobiste szczęście

 

???

02 cze

 

Czasem mi się zdaje, że moje życie nie ma racji bytu na tym świecie!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czuję to … co czuję!

25 maj

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii co mi w duszy gra

 

WYŻEJ DUPY NIE PODSKOCZYSZ …

17 maj

 

Tak jest i nie ma sensu z tym walczyć. Ilekroć słyszę, że jakiś pseudo coach mówi „możesz wszystko”, to krew się we mnie gotuje. Czasami nie możesz i dobrze o tym wiesz, a więc nie ma sensu się oszukiwać.

Najgorsze, co możesz sobie robić, to żyć w kłamstwie i przekonywać się do tego kłamstwa, jeżeli wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią Ci, że i tak nie uwierzysz w to kłamstwo. Nie wszystko jest dla wszystkich. Nie każdy może być gwiazdą rocka, nie każdy zostanie prezydentem i nie wszystkim będą się rodzić grzeczne dzieci. No wyżej dupy nie podskoczysz.

Możesz mieć swoje przekonania, swoje nadzieje i tak dalej, ale gdzieś tam na głębszym podświadomym poziomie jest coś, co determinuje Twoje doświadczenia jak taka szara eminencja. I dopóki nie zmienisz coś w swoim postępowaniu i myśleniu, to nie możesz osiągnąć wszystkiego, czego chcesz.

Na chwilę będziesz Kryśką … Nie wiem jak masz na imię, ani nawet, jakiej jesteś płci, ale na chwilę nazwę Cię Kryśką. Nie gniewaj się, po prostu przez 5 minut bądź Kryśką i nie oponuj.  :-)  No więc jesteś tą Kryśką i nie masz za grosz smykałki do śpiewania. Wyjesz, jakby Cię zarzynali, a każda Twoja aria kończy się wizytą szklarza, który wprawia w oknach nowe szyby. Czy jesteś w stanie uwierzyć, że możesz w każdej chwili zostać sławną śpiewaczką operową? Że tak z dnia na dzień, jak mawiają coache, możesz stać się gwiazdą światowej estrady, jeżeli tylko w to uwierzysz?

Tylko że w Tobie nie ma takiej wiary, bo gdyby była, to zamiast to czytać, to dawałabyś teraz koncert. No więc debilizmem jest wierzyć, że możesz wszystko już teraz. Możesz, ale pod pewnym warunkiem. W tym przypadku, pod warunkiem, że nauczysz się śpiewać. Tylko że ta Kryśka, która umie śpiewać, nie jest już Tobą. To jest całkowicie inny człowiek.

Każdego dnia w Twoim ciele wymieniane są miliony komórek. W ciągu 7 lat masz nowe ciało. Kładziesz się spać jako jeden człowiek, a wstajesz już jako ktoś nieco inny i tak dzień po dniu. Kryśka, która nie potrafi śpiewać, raczej nie uwierzy w to, że zostanie gwiazdą operową, tak więc wmawianie jej tego, że już w tym momencie, w każdej chwili może to zrobić, jest bez sensu. To sprawia, że czuje się głupia, jakby miała jakieś możliwości, ale nie potrafiła ich wykorzystać. Wyżej dupy nie podskoczysz, rozumiesz?

Czasami wiesz, że pewnych rzeczy po prostu nie możesz. Wiesz, że jeżeli jesteś kobietą, to nie zostaniesz papieżem. Żeby to się stało, potrzebna byłaby zmiana wielu zasad oraz udział wielu innych ludzi. Potrzebna byłaby Twoja niewiarygodnie wielka wiara, która zmieniłaby cały system religijny, ale czy Ty masz lub jesteś w stanie wygenerować w sobie taką wiarę? Czasami wiesz, że się po prostu nie da.

Mało tego – niektóre rzeczy nie są w ogóle warte zachodu. Czasami trzeba po prostu powiedzieć „pierdolę to, widocznie to nie jest dla mnie”. Jeżeli cele są dla Ciebie niebotyczne i wiesz, że w tym momencie, jako ten człowiek, nie dasz rady ich ot tak osiągnąć, to olej to. Albo zmień się w kogoś, dla którego osiągnięcie tego celu nie będzie problemem.

Chcę, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Zmiana, a już na pewno duża zmiana nie dokona się, dopóki Ty stoisz w miejscu. Dopóki nie staniesz się tą osobą, dla której osiągnięcie danej rzeczy jest możliwe. Mam tu na myśli wszystkich tych, którzy siedzą i czekają jak na boskie zmiłowanie, niczego nie robią, żeby swój cel osiągnąć. Dosłownie nie podejmując żadnych kroków. Jasne, że można nic nie robić i zdobyć obiekt swoich marzeń, ale do tego trzeba wiary. Nie nadziei, ale zajebistej wiary i powiedz mi szczerze, czy masz w tym momencie w sobie taką wiarę? Jeżeli nie, to jasne jest, że nie możesz czekać bezczynnie, tylko pasowałoby zacząć coś robić.

Niektóre cele wcale nie są Twoje. Są podyktowane wymogami społeczeństwa i Twojego najbliższego otoczenia albo ambicją. Może niekoniecznie chcesz być dyrektorem tego wielkiego banku. Może w głębi duszy tak naprawdę chcesz sadzić marchewki gdzieś na działce pod Poznaniem. Dlatego, jeżeli tak jest, to musisz czym prędzej olać te cele, które nie są Twoje. Powiedzieć „pierdolę to”. I więcej nie przykładać do nich żadnej wagi. Cele, które nie są własnymi, osiąga się bardzo trudno, a czasami jest to po prostu niemożliwe, bo nie wierzysz w to, albo po prostu tego nie chcesz.

Jeżeli więc coś Ci nie idzie i Ty wcale nie chcesz, żeby szło, to czas najwyższy mieć na to wyjebane. Nie każdy musi osiągnąć w życiu to samo. Nie każdy musi być gwiazdą, wielkim szefem czy sławnym politykiem. Rozdzielaj cele, które są Twoimi od tych, które narzucono Ci z zewnątrz. Swoje przyjmuj, a innym powiedz: wynocha!

Nie powiem Ci, że możesz wszystko, bo nie lubię kłamać. Powiem tylko tyle, że możesz to, w co wierzysz, do czego jesteś stworzony i co czujesz w sercu. Możesz zdobyć tylko to, do czego się przygotujesz i tylko tak, jak osoba, której przychodzi to z łatwością. Będąc nieumiejącą śpiewać Kryśką, nie zostaniesz śpiewaczką operową. Żeby nie zostać w realu, musisz najpierw stać się nią w sobie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii motywator

 

Jestem życiem, które uczy się życia…

14 maj

 

Kim Jestem ?

Zadaję sobie to pytanie i płaczę, bo nic nie czuję. Czuję się jak pusta skorupa, tak jakbym nie istniała. Nie wiem co robić, nie wiem w którą stronę iść. To mnie przeraża. Rozpadam się na kawałki …

W naturze szukam odpowiedzi, ale nic się nie pojawia. Jestem z tym sama i czuję, że tak ma być, chociaż umysł rozpaczliwie szuka osoby, która mogłaby mi pomóc, kogoś do kogo mogłabym zadzwonić i się wypłakać. Nie ulegam mu, zostaję z tym sama … 

Jestem i słucham dźwięków, które mnie otaczają. Od razu czuję spokój i otulenie. Gaja nigdy jeszcze mnie nie zawiodła … Trochę mnie irytuje, że przyszli jacyś ludzie. Widać potrzebuję pobyć sama, we własnej energii, potrzebuję się nią napełnić.

A Kim Jestem ?

Życiem, które uczy się życia.
Świadomością, która stara się ogarnąć samą siebie.
Energią, która próbuje dopasować się do formy jaką przyjęła.

Czy to wszystko ma sens ?

A czy musi mieć sens ?

Jestem zmęczona pytaniami. Chcę płynąć leniwie i spokojnie jak rzeka i nie zadawać więcej pytań. Nie chcę zastanawiać się wiecznie co robię źle, a co robię dobrze. Nie chcę dopasowywać się do czyichś oczekiwań.

Płynę przez życie we własnym tempie, moim własnym nurtem. Nie chcę, żeby ktoś mnie regulował, zmieniał mój bieg, spiętrzał moje wody, mówił co mam robić, żeby płynąć lepiej, że płynę za wolno. Każda rzeka jest inna, ale wszystkie i tak płyną w tym samym kierunku, wszystkie i tak spotkają się w tym samym Oceanie.

 

zycie-jest-jak-nurt-rzeki-ucieka-bezpowrotnie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii refleksje

 

Rzecz się ma o wybaczaniu …

04 maj

 

Podstawowa rzeczą w przebaczeniu jest zacząć i kontynuować prace nad nim. Ukończenie tego procesu jest często kwestią całego życia. Masz więc przed sobą całe życie na zajęcie się tym …

To prawda, że jeśli mogłybyśmy wszystko zrozumieć, to potrafiłybyśmy wszystko wybaczyć. Ale większość osób musi spędzić dużo czasu w tej „alchemicznej kąpieli”, by do tego dojść. Nie ma w tym nic złego. Mamy swego wewnętrznego uzdrowiciela, mamy wiec też cierpliwość, by wniknąć w to jak najgłębiej.

Są ludzie, którzy dzięki wrodzonym cechom charakteru potrafią wybaczać łatwiej niż inni. Jedni się z tym rodzą, inni mogą się tego nauczyć. Duży wpływ na umiejętność puszczania krzywd w niepamięć ma witalność i wrażliwość leżąca w charakterze. Duża witalność i wrażliwość nie zawsze jednak idą w parze z łatwością wybaczania.

Jeżeli przebaczanie przychodzi ci z trudem, to nie znaczy, że jesteś zła. Tak samo jak łatwość wybaczania nie czyni cię świętą. Wszystko zależy od konkretnej jednostki; wszystko nastąpi w swoim czasie.
Jednak żeby się rzeczywiście uleczyć, trzeba wpierw powiedzieć sobie prawdę, i to nie tylko o żalu i bólu, ale i o doznanych krzywdach, wściekłości i wstręcie, a także o pragnieniu ukarania samej siebie i zemsty, o wszystkich uczuciach, które w nas wzbierają.

Stara znachorka w naszej psychice rozumie ludzką naturę ze wszystkimi ułomnościami i wybacza, znając nagą prawdę. Daje nie tylko jeszcze jedną szanse, daje ich całe mnóstwo.

Przyjrzyjmy się czterem etapom przebaczenia. Każdy poziom ma wiele warstw. Można się nimi zajmować w dowolnym porządku i dowolnie długo, wymieniam je jednak w kolejności takiej, jaką uważam za najwłaściwszą.

Cztery fazy p r z e b a c z e n i a:

1) zaniechać — ustąpić z pola bitwy,
2) rozgrzeszyć— powstrzymać się od kary,
3) zapomnieć — wymazać z pamięci, nie roztrząsać dłużej,
4) wybaczyć — darować wszelkie winy.

Zaniechanie
Na początku trudnej drogi do wybaczenia dobrze jest na chwilę
ustąpić z pola bitwy. Trzeba przestać myśleć o danej osobie czy wydarzeniu.
Nie będzie to zostawianie nie dokończonych spraw, ale coś w rodzaju urlopu od nich. Dzięki temu unikniemy skrajnego wyczerpania, umocnimy się w innych sferach życia, zaczniemy dostrzegać inne radości.
Takie ćwiczenie sprzyja późniejszemu całkowitemu odpuszczeniu win, które ma przyjść z wybaczeniem. Trzeba się starać zostawić daleko przykre wydarzenia, wspomnienia, konflikty. Nie chodzi o to, by przymykać oko na czyjeś przewinienia, ale by nabrać wprawy i siły w dystansowaniu
się od nich. Zaniechanie może oznaczać zajęcie się ulubioną czynnością — tkanie, pisanie, wyjazd nad morze, naukę i miłość, wszystko, co przywraca siły i pozwala na jakiś czas porzucić myśl
o gniewie. To słuszne, dobre i uzdrawiające. Problemy związane z dawnym urazem są dla kobiety o wiele mniejsza udręką, jeśli przekona swą zranioną psychikę, że teraz tylko nakłada kojący balsam, a całością sprawy zajmie się niebawem.

Rozgrzeszenie 
Druga faza to rozgrzeszenie, szczególnie w sensie powstrzymania się od wymierzenia kary; nie planujemy jej i nie staramy się mścić ani na małą, ani na dużą skale. Takie zapanowanie nad emocjami jest ćwiczeniem niezwykle owocnym, ponieważ sprowadza problem w jedno miejsce, zamiast rozprzestrzenić go na wszystkie sfery życia. W ten sposób przygotowujemy się do chwili przejścia do następnych kroków.
Oczywiście nie oznacza to, że mamy stać się ślepe, głuche i zatracić samozachowawczą czujność. Musimy natomiast okazać wyrozumiałość i sprawdzić, jak ona zadziała.
Rozgrzeszyć, znaczy okazać cierpliwość, zachować godną twarz, opanować emocje. To dobre lekarstwa. Zrób w tym kierunku tyle, ile akurat potrafisz. Poddaj się reżimowi oczyszczenia. Nie musisz robić wszystkiego naraz, możesz wybrać na przykład cierpliwość i wprawiać się w niej. Możesz się powstrzymać od karzących półsłówek, uszczypliwych uwag, pretensji, wrogości. Rezygnacja z niepotrzebnych sankcji podkreśla prawość twego charakteru i czynów. Rozgrzeszenie wiąże się z okazaniem wspaniałomyślności; w ten sposób pozwalasz, by twoja szlachetna strona mogła uczestniczyć w rozwiązaniu problemów, które dawniej wzbudzały w tobie cały wachlarz emocji, od nieznacznego poirytowania do wybuchów furii.

Zapomnienie win
Zapomnieć, znaczy usunąć z pamięci, zaprzestać roztrząsania sprawy — innymi słowy, dać spokój i nie rozgrzebywać wspomnień. Nie chodzi o absolutne zapomnienie. Świadome zapominanie oznacza odłożenie bolesnego wydarzenia do przeszłości, nie wysuwanie go na pierwszy plan, lecz usunięcie ze sceny, na plan drugi.
Świadome puszczanie win w niepamięć jest w praktyce powstrzymaniem się od zaogniania konfliktu, odrzuceniem bolesnych wspomnień.
Jest to wysiłek aktywny. Nie wywlekamy starych spraw, nie wałkujemy ich w nieskończoność, nie zadręczamy się powracającymi myślami, obrazami, emocjami. To wysiłek woli, by nie poddać się obsesjom, nabrać dystansu i nie patrzeć wstecz. Dzięki temu możemy zacząć żyć w nowym krajobrazie, tworzyć sobie inne życie, zdobywać nowe doświadczenia, które nas pochłoną, zamiast wciąż się dręczyć przeszłością. Takie zapominanie oczywiście nie oznacza kompletnej amnezji, pozwala natomiast złożyć na wieczny spoczynek uczucia wzbudzane przez pamięć.

Wybaczenie
Jest wiele dróg i wiele etapów wiodących do wybaczenia, czy to osobie, czy społeczności, czy narodowi, który wyrządził nam krzywdę. Trzeba pamiętać, że ostateczne wybaczenie nie jest kapitulacją. To świadoma decyzja, że odtąd przestajemy żywić żal i pretensje, że darujemy wszelkie winy i rezygnujemy z zaprzysiężonej zemsty. To ty zdecydujesz, kiedy wybaczyć i jaki rytuał zastosować, by podkreślić to wydarzenie. To ty ogłosisz, że nie chcesz już żadnej spłaty długów.

Niektórzy wybierają absolutne przebaczenie; raz na zawsze przestają żądać jakiegokolwiek zadośćuczynienia. Inni wola zażądać naprawienia krzywd, a dopiero potem darować winy.

Inny rodzaj przebaczenia to darowanie win bez żądania ani emocjonalnego, ani żadnego innego zadośćuczynienia.

Dla niektórych przebaczenie jest okazaniem winnemu pobłażliwości, a jest to najłatwiejsze przy stosunkowo niewielkich przewinieniach.

Jedna z najszlachetniejszych form przebaczenia jest podanie pomocnej dłoni krzywdzicielowi. Nie oznacza to wejścia prosto w paszcze lwa, lecz jest działaniem wynikającym z wielkoduszności, gotowości pomocy i pewności siebie.

Wybaczenie jest kulminacją wcześniejszego zaniechania sprawy, rozgrzeszenia i zapomnienia. Nie oznacza, że przestajemy się bronic — przestajemy tylko ozięble traktować drugiego. Głębokie przebaczenie okazujemy też, kiedy przestajemy odtrącać tego, kto nas skrzywdził, trzymać go na dystans, ignorować, traktować z góry, sztucznie, z lodowatym chłodem. Dla naszego psychicznego samopoczucia będzie lepiej od czasu do czasu wdać się w sprzeczkę, niż zachowywać się jak nieczuły manekin.

Wybaczenie jest aktem twórczym. Jest wiele starych, wypróbowanych sposobów do wyboru. Można wybaczyć na razie, do jakiegoś czasu, do następnego razu, można wybaczyć, nie dając więcej szans — jeśli incydent się powtórzy, to zupełnie inna sprawa. Można dać jedną czy więcej szans, ale tylko pod jakimś warunkiem. Można wybaczyć częściowo, całkowicie, tylko w połowie. Można odkryć przebaczenie absolutne. Decydujesz ty.

Po czym kobieta pozna, że już przebaczyła? 
Po tym, że dawne wydarzenia budzą w niej raczej smutek niż gniew, a ten, kto ją skrzywdził — współczucie, nie wściekłość. Czuje, że wszystko już na ten temat zostało powiedziane. Rozumie cierpienie, które było źródłem przewinienia.
Woli być już poza tym wszystkim. Nie czeka na nic, niczego nie chce, jej ruchów nie krepują żadne pęta, jest swobodna. I nawet jeśli jej baśń nie kończy się zdaniem:

„I żyli długo i szczęśliwie”,

to kolejne

„Dawno, dawno temu …” otwiera przed nią nowe możliwości   ;-)

 

przebacz

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii cytaty

 

Wilczyca we mnie

02 maj

 

Ten poranek zaczęłam od zadumania się nad pięknem świata. Mam wrażenie, że wszystko zaczynam od nowa. Jakby dokładniej, nie po łebkach, wypełniam swoje obowiązki.

Ktoś mnie wyleczył, stosując alopatię – dawkę uderzeniową lekarstwa na absurd. Gdyby podano choremu łagodne, powoli działające środki, terapia mogłaby okazać się bezskuteczna.

Za dużo hałasu wokół. Muszę się wyciszyć i poukładać życie w drewnianych szufladach, pamiętając o tym, żeby ich nie zamykać. Wyłączam wszystkie urządzenia, które wydają jakikolwiek dźwięk. Obecnie nasza indywidualność jest zagłuszana przez media i prasę, przez to zanika wiele wrodzonych cech osobowości. Jednostki są tłamszone jazgotem, nikomu niepotrzebnym rumorem dochodzącym z zewnątrz.

Ojciec Klimuszko powiedział kiedyś, że człowiek posiada trzy światy: swoje mieszkanie, wnętrze własnej duszy i świat zewnętrzny. Żeby odczuwać jedność z kosmosem, musi być zachowany balans w każdej z tych sfer. Jak w zegarku, gdy któreś z kół zębatych zostaje uszkodzone, mechanizm przestaje działać. Wystarczy, że zepsuje się najmniejsza, ledwo widoczna gołym okiem część, a urządzenie staje i bez pomocy fachowca nie ruszy dalej.

Po tych wszystkich życiowych zawirowaniach łaknę spokoju. Organizm wysyła niepokojące sygnały: migreny, zawroty głowy, bóle stawów, żołądka. Nasze ciało to najmądrzejsza maszyneria, bo wysyła nam znaki o problemach, które mogą się pojawić, zanim do nich dojdzie. Córa bawi się z Gabrysią, a ja siedzę zwinięta w koc i podziwiam ruchy powietrza. Nie pamiętam, kiedy ostatnio oddawałam się nicnierobieniu. Próbuję milczeniem zatrzymać czas, jednak on nadal ucieka. Łaskocze nozdrza i pędzi dalej. Nieruchomieję na godzinę. Ktoś patrzący z boku mógłby powiedzieć, że zwariowałam, ale ja potrzebuję wsłuchać się w muzykę ciszy. Postanawiam odstawić wszystkie środki przeciwbólowe, które piętrzą się w szafkach, i zacząć korzystać z dobrodziejstw natury. Moja babcia co jakiś czas leczyła się kaktusem, ponieważ podobno ta roślina ma niezwykłą moc. W naszych warunkach klimatycznych najlepszy do tego jest aloes. Ta cierpka nazwa została przyjęta przez ludzi, ale tak naprawdę roślina należy do rodziny liliowatych.

Widzę, że nie od razu odetnę się od tego wszystkiego. Przynajmniej tak uważam teraz. A co będzie dalej? Bóg raczy wiedzieć. Strach i stany depresyjne zazwyczaj powstają w naszych głowach. Ważne jest, żeby w takiej sytuacji wpaść na trop myśli, która potęguje niepokój, i pozwolić jej przeminąć jak burzowym chmurom. To, co istnieje jedynie w myślach, niekoniecznie musi zejść na ziemię. Rzeczywistość jest tak naprawdę zupełnie inna. Nie dajmy się złapać w sieć własnych skojarzeń, pozwólmy na samoistne rozproszenie albo zmieńmy miejsce pobytu. Ja wybieram to drugie rozwiązanie. Długi spacer wśród wirującego powietrza.

Nigdzie się nie spieszę, głaszczę stopami ziemię, a ona odpowiada mi szelestem kamyczków. Im wolniej stawiam kroki, tym wyraźniej dostrzegam szczegóły otaczające mnie od zawsze. Spadające szyszki, doły w ziemi, pnie ściętych drzew, śpiew ptaków przed sjestą. Świat lasu rządzi się swoimi prawami, ma siłę wyrywać dusze z niewoli. Każdy spacer przybliża mnie do odnalezienia swojego miejsca na ziemi, rozpoczyna wędrówkę mojego wnętrza.

Wchodzę na niewielką polanę. Promienie słońca nie są już zbyt ciepłe, ale widok żywotnej puszczy nadal ogrzewa mocno, przede wszystkim zwęglone fundamenty. Rozkładam niewielki kocyk i na nim siadam. Nie ma tu żywej duszy, najbliższe domostwa znajdują się w odległości kilometra. Patrzę w dal, kontemplując największy cud świata – naturę. Wyciągam karty. Najpierw je głaszczę i przykładam do twarzy. Czuję z tymi kartonikami jakąś więź, jakby nadprzyrodzoną moc – już przestałam się lękać ich siły. Specjalnie tu przyszłam, miałam nadzieję, że przyciągnę wilczycę.

Odsłaniam już piątą kartę i z wolna opanowuje mnie znowu stan głębokiego wtajemniczenia. Zanim położę szóstą, bacznie się rozglądam. Coraz mocniej wieje wiatr, ale jej nie ma. Wilczyca zniknęła. Oglądam ostatni symbol …
… Piach, pod gołymi stopami gorący piach. Wiatr sprawia, że maleńkie złote kamyczki pustyni obijają się o moją twarz, powodując ból. Przede mną wysokie i potężne granatowe góry. Kolor powietrza oscyluje wokół czerwieni i pomarańczy, jakby wydostało się z gorącego pieca. Położony niedaleko wysuszony kanion zaprasza do swych wrót. Idę przed siebie na oślep, zasłaniając ręką oczy i chroniąc się w ten sposób przed drobinkami ziemi wirującymi w powietrzu. Widzę białą postać przy wielkich głazach.

Na jej twarzy rysuje się radość i wyższość nad innymi ludźmi. Bezceremonialnie patrzy w jeden punkt. Gdy odgarnia włosy, widzę jasną długą szyję i lekko wydłużone uszy. Policzki i żuchwę pokrywa delikatny biały meszek, podobny do tego, który zdobi brzoskwinie. Dzikie spojrzenie tkwi gdzieś poza tym, co dane jest mi dostrzec. Zaczyna mrużyć oczy w skupieniu, przygotowując się na coś. Gdy pomiędzy brwiami pojawiają się trzy zmarszczki, odnotowuję stan gotowości bliski zwierzęcemu. Przypomina kogoś, a raczej jest tym kimś. Kiedy w grymasie skurczu wystawia język, wiem, że to już nie jest zwykła dziewczyna – to moja wilczyca przybrała zmysłową i niebezpieczną postać kobiety.

Ma piękne ciało, jak każda z nas, intelekt równy najwyższemu geniuszowi i dzikość potrzebną, by żyć. W dużym pierścieniu na palcu zauważam dobro i zło, symbol nieustannej walki o duszę. Zło daje siłę i ją zabiera, ale musi być obecne. Scena, którą widzę, nie jest jednolita. Pomimo kolorów dominują szarość, czerń i biel. W tym świecie nic nie jest tylko białe albo tylko czarne. Mieszają się ze sobą słowa, zapachy, emocje, ludzie. Ona wybrała aurę szarości z przewagą białego dymu, na znak harmonijnego oddania. Jest ani dobra, ani zła, ale na pewno nie byle jaka, bo swoja własna.

Czeka na mnie. Zaczynam biec, byle szybciej, byle bliżej niej. Wtulam się w jej szorstką sierść, a ona odwzajemnia moją radość …

– Chodź, musimy schować się za tym kamieniem. Tu może nas zobaczyć.
– Ale kto?
– Cierpliwości, wszystkiego od razu nie zobaczysz.

Ma rację, ku nam idzie stara kobieta z długim czarnym warkoczem i siwymi skroniami. Przez ramię ma przewieszony kolorowy, lecz brudny wór. Z ledwością, ale słyszę puste grzechotanie, jakby patyków albo drewnianych bransolet. Jest przyozdobiona najróżniejszą biżuterią.
Świeci się ona na uszach, przegubach dłoni, nawet w zębach. Co jakiś czas wygrzebuje dół w ziemi. Wydaje się, że czegoś szuka. Prawi językiem zwierząt. Wyje, gdacze, popiskuje. Trudno ją zrozumieć, gdy mówi ludzkim głosem. Zaczyna skakać jak mała dziewczynka, chwytając w dłonie niewielką białą kosteczkę. Kładzie wór na środku wysuszonego placu i zbiera chrust, po czym rozpala ognisko, śpiewając niezrozumiałą dla nas pieśń. Ze środka zawiniątka kolejno wykłada kości. Grzebie w nich, jedne odrzuca, drugie dopasowuje, układając czyjś szkielet.

– Co ona robi? – odzywam się niepewnie.

– „Mówi się, że jest na pustyni takie miejsce, gdzie duchy kobiet i wilków spotykają się na przecięciu czasów”. Ona zbiera kości zwierząt, które umarły pomiędzy skałami. Przemierza stepy, góry, wody, wchodzi do jaskiń. Nie lęka się nocy ani dnia, żyje tym, co da jej natura, i właśnie dlatego jest szczęśliwa, bo kocha to, co robi. Nie każdy może być zbieraczem kości. To trzeba czuć, a potem poddać się losowi. Najcenniejsze są dla niej wilcze kości, gdyż to dzikie zwierzę ma największą moc uzdrawiania kobiet. A jak wiadomo, bez nas świat stałby się niczym. Byłby jednym wielkim polem bitwy. Przypatrz się jej dobrze, bo od spotkania z nią będziesz już innym człowiekiem.
Oczy starej kobiety płoną, gdy już leży przed nią misternie ułożony szkielecik z maleńkich kostek. Nagle wznosi ręce do góry, zamyka oczy i zaczyna obłąkańczy taniec. Wymawia jakieś głoski, sylaby. Wydobywa z trzewi dźwięki. Przeskakuje z nogi na nogę, a ogień, który rozpaliła, strzela coraz wyżej i wyżej. Szamanka dusz uwalnia z każdego zakamarka pustynnej spiekoty uwięzione duchy. Jest wyczerpana, ale tańczy dalej, nieustannie intonując zawodzenie. Nagle, ku mojemu zaskoczeniu, kości pokrywają się tkankami, mięśniami, skórą i sierścią. Na ziemi leży bliżej nieokreślony stwór, który z zadowoleniem macha puchatym ogonem przypominającym lisią kitę. Podnosi się ociężale, chwiejąc się na łapach. Szamanka nie przestaje śpiewać, wyciąga z kieszeni niewielkie pudełeczko i zaczyna posypywać głowę wilka pyłem, który mieni się jak brokat. Teraz zwierzę stoi dumne i wyprostowane. Wygląda jak ogromny lis z niebotycznie długimi łapami. Ma wąski pysk, wydłużony ku przodowi, i czarne umaszczenie niczym węgiel północy. Kobieta pada na ziemię z wycieńczenia, a wilczyca biegnie przed siebie, ku wielkiej równinie. Wskrzesza ją pramatka życia.

– Wszyscy jesteśmy jak palimpsest. Dobrze wiesz, kto powiedział to zdanie – mówi moja wilczyca.
– Tak, mój ukochany mędrzec Michaił Bachtin.
– Jesteś swoim własnym rękopisem, który codziennie zostaje zapisany na uprzednio używanym materiale. Kodujesz receptorami rzeczywistość. Wnikają w ciebie słowa, zdarzenia, obrazy. Po jakimś czasie zapominasz i kodujesz następne. Jedno zapisane na drugim. W ten sposób tworzysz swoją tożsamość i osobowość. Człowiek w głównej mierze składa się z głosów ludzkich, które kształtują świat. Sam z siebie powstał tylko Bóg (w jakiejkolwiek widzisz go formie). Równocześnie prowadzone są przeróżne rozmowy, historie nakładają się na siebie jak śpiew w muzyce. Po jakimś czasie tworzą spójną całość – ciebie.

– Czy nie zauważyłaś, że od jakiegoś czasu żyjesz pełniej i spokojniej? Szerzej otwierasz oczy w zadumie nad światem, dostrzegasz szczegóły. Cieszysz się naturą, jesteś spokojniejsza.
– Tak, odkąd cię mam, właśnie tak jest.

– Nie przypisuj tych zasług mnie, tylko sobie. Gdybyś nie chciała za mną podążać, dalej tkwiłabyś w sfrustrowaniu i odrętwieniu. Usłyszałaś głos, który tlił się w tobie od dziecka, tylko zapomniałaś o nim w pogoni za pozornym szczęściem. Człowiek, który nie ma jedności duszy, nigdy nie zazna spokoju. Nie zrealizuje się w życiu, bo cały czas będzie mu czegoś brakowało. Wtedy potrzebny jest kapłan, odwieczny mag, pradziad albo szamanka. Ktoś, kto widzi coś więcej poza ziemią i budynkami. On pomoże ci poskładać zgubione kawałki duszy. Jeżeli poddasz się jego radom, odbędziesz wędrówkę do miejsc, w których zakopałaś brakujące ogniwa całkowitego spełnienia.

Nasza pierwsza podróż prowadziła do miejsca niewinności, w którym cały czas chciałaś być, a nie możesz, ponieważ jesteś już dorosłą kobietą. Tam ugrzęzła część jaźni, ta subtelna, niezatroskana, podobna do wigoru dzieciństwa. Tęsknota za nią nie pozwalała ci być w pełni matką, mocowałaś się z nią na przecięciu granicy z buntem, gdyż ten schowałaś w feministycznym widzeniu świata, które odbiega od zwykłego życia.

Niewinność i bunt można pogodzić, ale trzeba najpierw wiedzieć, że to właśnie te stany hamują rozwój. Należy je odkryć. Wyruszyć w podróż w poszukiwaniu słonecznej jaźni. Czarownica odzwierciedlała twoją seksualność oraz intuicję. W tych wiedźmach ulokowałaś największe złoża namiętności, które powinny nieustannie w tobie być. Przyjmij ją w sobie wraz z płonącym stosem, nie sprzątaj popiołów, czuj swąd, nie broń się przed nim. Czarownice, mimo że wygnane, żyją w zgodzie z naturą. Wiesz o tym bardzo dobrze, jednak wiesz też, że to one ukradły część ciebie. Trzeba było po nią wrócić, zastanowić się, nie do końca zrozumieć, ale zobaczyć. Kiedy więc już mogłaś poradzić sobie sama, zastrzeliłaś wszystkie trzy demony. Pod postacią kobiety wilczycy wzięłaś broń i pożegnałaś się z tym, czego się bałaś, co tłamsiło twój rozwój. Tylko ty wiesz, kim lub czym były twoje demony, po co wyciągały ku tobie ręce. Twoja wilczyca została poskładana jak te kości. Pobiegła swoim szlakiem, więc nie pozwól, żeby ktoś zamazał trop do niej prowadzący. Dusza nie chce wracać do brudnych ludzi. Oczyściłaś się, przemierzając trudną drogę. Nie pozwól odejść wilczycy.

– A co z miłością?

 

kobieta-las-wilk

 

– Dzięki mnie spojrzysz głębiej w siebie, ale na miłość? W tym ani czarownice, ani diabły, ani najszlachetniejsze zioła nie pomogą. Ten element musisz już odnaleźć sama. Na miłość nie ma rady, nie ma remedium. Są ludzie, którzy mają nas czegoś nauczyć, są też tacy, przez których musisz cierpieć. Miłość to wieczna niewiadoma. Wiem tylko, że bez niej nie ma po co żyć.

Otworzyłam oczy. Wiatr porozrzucał moje karty dookoła. Nie chciałam ich zbierać, nie chciałam się spieszyć. Patrzyłam w ciemniejące niebo i trwałam. Czułam, jak mrówki wchodzą na moje ręce, ale ich nie strzepywałam. Źdźbła trawy wbijały mi się w plecy i nogi, a ja nadal leżałam na kocu niewzruszona. Czy poskładałam swoją duszę w całość? Może o czymś zapomniałam? 

Co będzie dalej ze mną?

Nie wiem.

 

Kiedy życie kobiety popada w zastój lub wypełnia się nudą, to jest to moment, kiedy powinna dojść do głosu jej dzika, zwierzęca strona :)

29 kwi

 

`Archetyp Dzikiej Kobiety można określić innymi, równie odpowiednimi terminami. Można go nazwać potężnym psychicznym żywiołem, czy też naturą instynktowną, ale siłą, która kryje się za tą nazwą jest właśnie Dzika Kobieta. Można określić go mianem naturalnej psychiki, ale za tym określeniem też stoi archetyp Dzikiej Kobiety. Można mówić o wrodzonej, podstawowej naturze kobiecej, o naturze plemiennej, nieodrodnej.

Za pojęciem natury Dzikiej Kobiety nie kryje się religia, ale praktyka. To psychologia w najczystszym sensie: psychē/psych – dusza, ology lub logos – czyli wiedza o duszy.

Bez niej kobiety nie są zdolne do wsłuchania się w głos duszy ani do dostrojenia się do swoich wewnętrznych rytmów.
Bez niej wewnętrzny wzrok kobiety przesłania jakaś ciemna dłoń, większość dnia upływa w paraliżującej nudzie lub na pobożnych życzeniach.
Bez niej dusza nie może się pewnie zakorzenić.
Bez niej kobiety zapominają, po co żyją, czekają nie wiadomo na co, podczas gdy powinny walczyć.
Bez niej kobiety zapominają, po co żyją, czekają nie wiadomo na co, podczas gdy powinny walczyć.
Bez niej siedzą cicho, choć siedzą na rozpalonych węglach. Ona steruje ich życiem, jest pełnym uczucia sercem, podobnie jak ludzkie serce steruje funkcjonowaniem fizycznego ciała.

Kiedy tracimy kontakt z instynktowną psychiką, jesteśmy na pół zrujnowane, a obrazy i energie pierwiastka kobiecego nie mogą się w pełni rozwinąć. Kobieta odcięta od swego podstawowego źródła, zdana jedynie na rozsądek, zatraca swe instynkty, a jej naturalne cykle życiowe giną, pochłaniane przez kulturę, intelekt lub ego – własne lub należące do innych.

Dzika kobieta jest zdrowiem wszystkich kobiet. Bez niej psychologia kobiety nie miałaby sensu. Ta dziewicza kobieta to prototyp kobiety. Niezależnie od kultury, epoki, polityki ona się nie zmienia. Zmieniają się cykle, symboliczne reprezentacje, ale w swojej istocie pozostaje niezmienna. Jest tym, czym jest, tworzy pełną całość.

Znajduje ujście przez kobiety. Jeśli one są przytłumione, to walczy, by się wydostać na powierzchnię. Jeśli są wolne, to ona też jest wolna. Na szczęście, nieważne, ile razy spycha się ją w dół, odbija się do góry. Nieważne, ile razy zakazuje się jej wstępu, dławi ją, przygniata, odcina, rozmywa, gnębi, nazywa niepewną, szaloną i obrzuca innymi obelgami, emanuje z kobiet z taką mocą, że nawet te najspokojniejsze, najbardziej ograniczane i krępowane kobiety zachowują dla niej sekretne miejsce. Nawet najbardziej represjonowana kobieta ma swoje tajemne życie z tajemnymi myślami i tajemnymi uczuciami, które są bujne i dzikie, czyli naturalne. Nawet najbardziej ubezwłasnowolniona kobieta strzeże tego dzikiego zakątka jaźni, bo intuicyjnie wyczuwa, że któregoś dnia znajdzie się jakaś furtka, szczelina, szansa, i ona ją poszerzy, by wyrwać się na wolność.Jakie są niektóre z emocjonalnych objawów zaburzonej relacji z dziką, pierwotną energią psychiki? Nieustanne, chroniczne czucie, myślenie lub działanie w poniżej opisany sposób oznacza, że relacja z głęboką, instynktowną psychiką jest częściowo naruszona lub zupełnie utracona. Mówiąc typowo kobiecym językiem, może to być: uczucie całkowitego wyjałowienia, uwiądu, zmęczenia, niemocy, przygnębienia, zamętu, przytłoczenia, ograniczenia, otępienia. Może to być lęk, zastój, słabość, brak inspiracji, brak duchowego ożywienia, energii twórczej, uczuciowości, poczucie bezsensu, wstydu, chroniczne zamroczenie, zmienność nastrojów, ogłupienie, osaczenie, wieczne napięcie, wariactwo.

Bezsilność, ciągłe wątpliwości i niezdecydowanie, chwiejność, zahamowania, brak siły przebicia, trwonienie swego twórczego życia dla innych, źle wybrani partnerzy, praca, przyjaźnie pozbawiające energii życiowej, dolegliwości z powodu zaburzeń cykli biologicznych, nadwrażliwość, bezwład, apatia, niepewność, brak odwagi, niezdolność do ustalenia właściwego tempa, niezorganizowanie, niezdolność do wyznaczania swoich granic.
Wybicie z rytmu, nieświadomość siebie, oddalenie od swoich bogów czy Boga, oddzielenie od źródła życia, ucieczka w dom, pracę, intelektualizm lub inercję, bo to najbezpieczniejsze miejsca dla kobiety, która straciła instynkty.

Strach przed ryzykiem, przed ujawnieniem prawdy o sobie, strach przed poszukiwaniem przewodnika, matki, ojca, strach przed oddaniem niedoskonałej pracy, zanim stanie się arcydziełem, strach przed podróżą, strach przed uczuciem do innych, strach przed wyczerpaniem, wypaleniem, znużeniem, strach przed autorytetem, utrata energii w obliczu twórczych planów, skurcz bólu, upokorzenie, troska o cały świat, otępienie, niepokój.

Boimy się oddać cios, kiedy nie pozostało nic innego; boimy się spróbować czegoś nowego, stawić czoło życiu; boimy się mówić głośno, sprzeciwiać; męczą nas mdłości, zawroty głowy, nadkwasota; jesteśmy rozcięte na pół, przytłoczone, zbyt pojednawcze, niepotrzebnie ugrzecznione, pragniemy zemsty.
Boimy się zatrzymać, boimy się działać, wciąż liczymy do trzech i nie zaczynamy – kompleks wyższości, mieszane uczucia, ale skądinąd w pełni wydolne, funkcjonujemy na pełnych obrotach. Owo rozdarcie to nie przypadłość konkretnej epoki czy stulecia; jak epidemia szerzy się wszędzie i zawsze, kiedy kobieta zostaje ujarzmiona, kiedy tylko żywiołowa natura zostaje złapana w pułapkę.

Zdrowa kobieta przypomina wilka: krzepka, po brzegi pełna, potężna siła życiowa, życiodajna, świadoma swego terytorium, pomysłowa, lojalna, lubiąca wędrówki. Jednak oddzielenie od pierwotnej, zwierzęcej natury sprawia, że osobowość kobiety ubożeje, rozcieńcza się, rozmywa, staje się przezroczysta, bez wyrazu. Nie zostałyśmy pomyślane jako żałosne stworzenia z rzadkimi wątłymi włoskami, zbyt słabe, by zerwać się do skoku, gonić za zdobyczą, dawać nowe życie. Kiedy życie kobiety popada w zastój lub wypełnia się nudą, to jest to moment, kiedy powinna dojść do głosu jej dzika, zwierzęca strona; to czas, by dusza rozlała się szeroko jak rzeka w delcie.

Jak Dzika Kobieta wpływa na kobiety? Mając ją za sprzymierzeńca, przewodniczkę, wzór, nauczycielkę, patrzymy nie dwojgiem własnych oczu, ale oczami intuicji, która ma ich wiele. Kiedy zdajemy się na intuicję, jesteśmy jak rozgwieżdżona noc: spoglądamy na świat tysiącem oczu.
Dzika, pierwotna natura niesie węzełki z leczniczymi ziołami; niesie wszystko, czym kobieta powinna być, co powinna wiedzieć. Niesie lekarstwo na wszystko. Niesie opowieści, sny, słowa i pieśni, znaki i symbole. Jest zarazem wehikułem i celem podróży.

By połączyć się z pierwotną, instynktowną naturą, nie trzeba wszystkiego przewracać do góry nogami, nie trzeba wielkich zmian z lewa na prawo, z bieli na czerń, ze wschodu na zachód, nie trzeba popadać w szaleństwo czy tracić opanowanie. Nie oznacza to, że mamy zerwać podstawowe społeczne więzi ani że staniemy się mniej ludzkie. Wręcz przeciwnie. Pierwotna natura niesie ze sobą olbrzymią integralność.
Wiąże się to z wyznaczeniem terytorium, odnalezieniem grupy, poczuciem pewności i dumy z własnego ciała, niezależnie od jego możliwości i ograniczeń, z mówieniem i działaniem w swoim imieniu, z wyostrzoną świadomością i czujnością, z czerpaniem z wrodzonej kobiecej intuicji i wyczucia, z zestrojeniem z biologicznymi cyklami, ze znalezieniem własnego miejsca, z nabieraniem godności i zachowaniem wysokiej świadomości.

Dzika Kobieta należy do ciebie – niezależnie od tego, czy jesteś intro – czy ekstrawertyczką; kobietą, która kocha kobiety, czy kobietą, która kocha mężczyzn; kobietą, która kocha Boga lub wszystkich naraz; czy twoje serce jest proste, czy masz ambicje amazonki, czy pragniesz piąć się na sam szczyt, czy też po prostu przeżyć do jutra, czy jesteś dowcipna czy ponura, z królewskiego rodu czy prostaczka – Dzika Kobieta jest twoja, bo należy do wszystkich kobiet.

By ją odnaleźć, kobiety muszą powrócić do instynktów, do swej najgłębszej wiedzy. Więc wyruszajmy w podróż i sięgajmy pamięcią wstecz, do naszej pierwotnej duszy. Śpiewajmy, by jej kości obrosły ciałem.
Zrzućmy wszystkie fałszywe okrycia, któreśmy otrzymały. Załóżmy autentyczny płaszcz naszych potężnych instynktów i wiedzy. Przeniknijmy obszary psychiki, które kiedyś do nas należały. Rozwińmy bandaże, przygotujmy lekarstwa. Powróćmy, dzikie i wyzwolone, ze skowytem, śmiechem i śpiewem, do Tej Jedynej, która nas kocha.

Dla nas sprawa jest łatwa. Bez nas Dzika Kobieta umiera. Bez Dzikiej Kobiety umieramy my. Para Vida … dla prawdziwie pełnego życia obie muszą żyć ….`

 

wilczyca 2

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ciekawe fragmenty

 

Ludzkie życie jest chwilą wobec wieczności, więc nie odkładaj radości na potem ;)

26 mar

 

Żeby żyć pełnią życia, nie wolno dać sobie wmówić dwóch rzeczy: że istnieje inne życie prócz tego, którego właśnie doświadczamy i że warto pragnąć innych przyjemności niż naturalne i konieczne.

Mniej więcej dwa i pół tysiąca lat temu Demokryt, podróżnik, lekarz i filozof z greckiego miasta Abdera, miał wizję: odpoczywając, dojrzał drobiny kurzu wirujące w promieniu słońca wpadającym przez okno do domu i ten widok odsłonił mu naturę świata. Według Demokryta na rzeczywistość składa się nieskończona ilość niepodzielnych cząsteczek, które nazwał atomami, wirujących w bezkresnej przestrzeni. Atomy łączą się w większe całości, a potem znów rozpraszają. Wszystko, co nas otacza: martwe przedmioty, rośliny, zwierzęta, ludzie, gwiazdy, planety i galaktyki, to chwilowe skupiny atomów. Każdy z nas jest taką skupiną, która trwa przez jakiś czas, by zniknąć, rozproszyć się w bezkresie.

Demokryt opowiedział o czymś, o czym często wolelibyśmy zapomnieć. O tym, że nic nie jest trwałe, i o lęku, który budzi świadomość tego faktu. Niepokoją nas zmiany, boimy się rozstań, porzucenia, nieszczęśliwych wypadków i chorób, bo przypominają o tym, że wszystko się skończy. Lęk, cień śmierci, jak pisał niegdyś Antoni Kępiński, „jest doznaniem najpierwotniejszym, bo wynikającym z samego procesu życia i jego przeciwstawiania się entropii panującej w przyrodzie nieożywionej”.

Na pierwszy rzut oka świat Demokryta przenika melancholia, gorycz rozwianych marzeń, niespełnionych nadziei, bezowocnych starań. Każdy chciałby, żeby istniał również inny świat? Taki, gdzie wszystko, co w życiu najlepsze, będzie trwało wiecznie.

Demokryt doskonale znał to ludzkie pragnienie. Widział, jak ludzie tworzą wokół siebie świat wypełniony fantomami utkanymi z nadziei i obaw, pięknymi, strasznymi, godnymi pożądania lub pogardy. Bywają one powodem radości lub smutku, budzą namiętności i zawiść, a chwilami, gdy uda się je zdobyć, dają uczucie spełnienia i bezpieczeństwa. W tym fenomenalnym świecie na czoło wybijają się rzeczy, które zadziwiają potęgą i chwałą. Wydaje się, że są tak wspaniałe, że powszechny rozpad ich nie dotyczy. Wizerunki bogów, ich świątynie, władza, bogactwo imponują atrybutami siły, by odróżnić się i wynieść ponad świat zwykłych śmiertelników. Paradoks życia polega według Demokryta na tym, że prawdziwą przyczyną ludzkiej udręki nie jest przemijanie, lecz lękliwy podziw dla tych fantomów i uleganie złudzeniu wieczności, które niosą. Ludzie zawzięcie walczą o bogactwo, o władzę, o swoich bogów. Zadają cierpienia innym i sami cierpią.

A gdyby pogodzić się z myślą, że świat jest właśnie taki, jak opisał Demokryt? Uznać, że ludzkie życie jest chwilą wobec wieczności, drobiną w bezkresie, a zarazem darem, który otrzymaliśmy od losu? Demokryta nazywano śmiejącym się filozofem, bo jak mówi legenda, często głośno się śmiał. Jedni powiadają, że śmiał się z głupoty ludzi pochłoniętych pogonią za złudzeniami, a inni, że jego śmiech był wyrazem akceptacji istnienia takiego, jakie jest, radości życia i jego codziennych przyjemności.

Wystarczy się skupić na podstawowych potrzebach … Epikur, następca Demokryta, uważał, że argument filozoficzny, który nie leczy ludzkiego cierpienia, jest nic niewart. Z egzystencjalnego lęku, lęku przed śmiercią, leczył jego zdaniem jeden argument: afirmacja niezwykłości i unikatowej wartości życia. Staje się ona widoczna dopiero wtedy, gdy dostrzeże się i zaakceptuje, że życie jest przypadkowe i jednorazowe. Jak pisał znawca filozofii Epikura E. Hoffmann: „Istnienie powinno się zrazu uznać za czysty przypadek, by potem móc je przeżyć jako wyjątkowy cud. Trzeba najpierw stwierdzić bezlitośnie, że istnienie dokonuje się tylko raz, by potem święcić w nim to, co jedyne i niepowtarzalne”. Źródłem cierpienia jest każda doktryna, każde przekonanie, które przesłania tę podstawową prawdę i odwraca uwagę od wyjątkowości istnienia, które nam się przydarzyło.

Epikur prowadził swą szkołę w ogrodzie poza murami Aten. Nie w mieście, gdzie społeczna presja na pogoń za złudnymi obietnicami szczęścia jest szczególnie silna, lecz poza miastem, nie wśród ludzi zaangażowanych w politykę i komercję, lecz wśród przyjaciół, mężczyzn i kobiet, wolnych i niewolnych. Ten wybór nie był ucieczką od świata, lecz powrotem do rzeczywistości, do prawdziwych relacji z ludźmi, do przyrody, do celebrowania radości istnienia. Kto dostrzega unikatową wartość życia, nie potrzebuje wiele więcej. Wystarczy się skupić na podstawowych, naturalnych potrzebach ciała. „Bo tylko w ciele, które cierpi lub cierpieć przestaje, nasze ja – nasza dusza – powstaje i objawia się zarówno sobie, jak i innym” – komentuje nauczanie Epikura Pierre Hadot. Nie głodować, nie być spragnionym, nie drżeć z zimna. „Ten, komu jest to dane, może z Zeusem współzawodniczyć w szczęśliwości” – pisze Hadot. Żeby żyć pełnią życia, nie wolno dać sobie wmówić dwóch rzeczy: że istnieje inne życie prócz tego, którego właśnie doświadczamy, i że warto pragnąć innych przyjemności niż naturalne i konieczne.

To nieopanowana zmysłowa pożądliwość każe snuć marzenia o życiu wiecznym. Epikur uczył: „Dla ciała granice przyjemności są nieograniczone; ich zaspokojenie wymagałoby czasu nieskończonego. Natomiast rozum, który zdaje sobie sprawę z tego, jaki jest cel i jakie są granice ciała, i który nas uwolnił od strachu przed nieskończonością, zapewnił nam życie doskonałe, tak że nie odczuwamy już bynajmniej potrzeby wiecznego trwania”. Nigdy niezaspokojone fizyczne pożądanie każe snuć rojenia o zmysłowych rajach, w których czeka na nas prawdziwe życie. Człowiek myślący wie, że to ułuda i że nie należy życia odkładać na później. „Dlaczego ty, który nie jesteś panem jutra, odkładasz radość?” – pyta Epikur. Śmierci nie warto się bać Jednym z najważniejszych ćwiczeń uprawianych w szkole Epikura było „meditatio mortis”, rozmyślanie o śmierci. Celem nie było perwersyjne rozsmakowywanie się w grozie śmierci, lecz nawrócenie, zmiana nastawienia własnego umysłu tak, żeby zamiast trapić się przemijaniem, dostrzec, że wszystko, co cenne, dane jest w chwili, którą teraz przeżywamy i że ta chwila jest całym czasem, wiecznością, którą mamy do przeżycia. Ze względu na śmierć czysty fakt istnienia – nawet gdyby trwał chwilę, jeśli poświęcimy tej chwili całą uwagę – wydaje się mieć nieskończoną wartość i daje nam przyjemność o nieskończonej intensywności.

W ogrodzie Epikura nauka polegała na konsekwentnej pracy nad kilkoma przekonaniami. Nad tym, że śmierci nie warto się bać, bo jest nie-bytem, nieczuciem, gdy przyjdzie, już nas nie dotyczy. Udręką jest obawa przed śmiercią, więc trzeba wypracować w sobie nawyk skupiania się na wartości życia, które się właśnie przeżywa. Udręką jest również obawa przed losem, przed ukrytymi siłami, które miałyby decydować o naszym życiu, przed bogami. Ale bogów, skoro nie ma wieczności, do której mogliby nas dopuścić lub nie, również nie trzeba się obawiać.

Ostatecznie to ja, a nie oni lub los będą decydować o tym, jak będę przeżywał tę chwilę, w której piszę te słowa.

Dobro jest łatwo dostępne, choć wymaga trudnej pracy nad zmianą postawy wobec świata i samego siebie. A cierpienie przemija, jak wszystko. Odpowiedzią na jego niszczącą siłę jest głęboka świadomość wartości własnego życia …

 

dzieci (1)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii osobiste szczęście