RSS
 

29 gru

Likwidują bloga… z jednej strony dobrze dla mnie. Czuję, że jest tutaj ktoś kto zbyt bardzo się mną interesuje. Nie wiem tylko po co szuka informacji o mnie – sprawdza moją wiarygodność??? Przecież ja nie mam nic do ukrycia… jestem szczera dupa, co o innych nie można powiedzieć ;). Pamiętam, że swojego czasu owa sąsiadka wspomniana we wcześniejszym wpisie bawiła się w detektywa jeżdżąc w wozie policyjnym /chyba jej całkiem po tym szajba odwaliła/. Mam dość i znikam … adresu nie zostawiam. Żegnam i miłego życia życzę :)

 

PS. szpicli, kapusiów i szpiegów wszelakiego rodzaju nie cierpię!!! czas ograniczyć dostęp do siebie ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Historia pewnego rachunku…

29 gru

Rachunek za prąd się odnalazł w ten sam dzień, w którym dokonałam wpisu – co prawda upaprany na zewnątrz i w środku plamkami krwi… coś mi się zdaje, że ktoś nieźle się natrudził, żeby go wydostać swoimi brudnymi łabskami. A, że się znalazł to Cud czy Anioł Stróż???

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Sąsiadeczka węszydupa!

28 gru

Mam taką fajną sąsiadkę… spędza życie ze szklanką przy ścianie. Biedna niewolnica własnego ułomstwa. Włazi nam w życie swymi buciorami. Śmierdzi jej nasza bieda. To prawda latami remont był nierobiony, nosiłam się z zamiarem pomalowania ścian własnorcznie, bo na wynajem malarza nas nie stać… ale gdy uległam wypadkowi wszystko runęło całe moje życie i zdrowie. Ale czy to jest powód, żeby wykorzystać czyjeś nieszczęście, żeby mu dokopać??? Ma się za lepszą panią. Ale jaka z niej katoliczka. Olaboga! Do kościoła co niedziela i święta. Księdza przyjmuje… na oścież wrota otwiera pokazuje jakie cudowności ma w domu owa królowa. Ja z takowym zapytaniem… w jakiego boga ona wierzy, bo o ile mi wiadomo Chrystus nie kazał drugiego topić w gnoju… Coś mi się wydaje, że jeno na mamonie jej wiara się kończy! Jej knowania już każdemu bokiem wychodzą, wszyscy się poodworacali… ale co człowieka ośmieszyła to jej! Drzwi nam perfumuje, myje też a jakże… ostatnio nie dostaliśmy rachunku za prąd, nie trzeba tu chyba jasnowidza, żeby stwierdzić kto się za tym kryje. Co ja mam z nią począć. Ma ktoś na to jakąś mądrą radę. Jak długo można znosić coś tak ohydnego???

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zostało dziś jedynie ruszyć w inny świat… zrozumieć ciszę i być z ciszą za pan brat.

03 gru

 

Myślę, że tak naprawdę chciałabym być drzewem. Drzewo na szczęście nie jest istotą tak kruchą jak człowiek. Niestraszne mu pory roku. Nie lęka się byle wichury. Drzewo istnieje dla siebie samego – nikt nie jest mu potrzebny, za nikim nie tęskni.

Chciałabym być pięknym drzewem, mieć długie gałęzie, sięgające do jasnego, czystego nieba. Mieć mnóstwo liści igrających zwiewnie na wietrze. I mieć korzenie. Silne, mocno rozrośnięte korzenie, ukryte głęboko pod ziemią. Być drzewem, którego nie można przesadzić, a które i ściąć niełatwo.

Czasem zazdroszczę drzewom spokojnych snów,
Że rozumieją się bez żadnych słów 
I że nie wstydzą się swych zielonych łez.
Czasem zazdroszczę drzewom ich drewnianych serc.

Zazdroszczę też tak bardzo aniołom z gór,
Nie skrzydeł, aureoli, ale domów z chmur.
Lekkiego puchu w którym kryją myśli swe. 
Tak bardzo im zazdroszczę wiary w lepszy dzień.

Przy każdej czarnej chwili ciszy 
Choć serce wrzeszczy,
Nikt nie słyszy.
Pod powiekami krople rosy zimny deszcz
I słów zgubiony sens.

I jakoś niespokojnie płynie teraz krew, gdy idę,
Drogą przy której czarny las rozdartych drzew.
Zostało dziś jedynie ruszyć w inny świat.
Zrozumieć ciszę i być z ciszą za pan brat.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii co mi w duszy gra

 

Każdego dnia pragnę zmiany …

02 gru

 

Chciałabym każdego dnia umieć coś w sobie zmienić, jakieś zachowanie, sposób bycia wobec innych, umieć pozwolić sobie na pewne rzeczy, innych natomiast sobie zabronić. Opanować samotność. Samotność nie tyle jako stan ducha, bo naprawdę w duchu człowiek zawsze jest lub bywa samotny, ile jako swego rodzaju „stan cywilny”. Być właścicielem samego siebie, posiadać wokół siebie przestrzeń, której nikt nie może przekroczyć. Coś jakby niewidoczny zielony ogródek, do którego nikomu nie uda się zajrzeć, do którego także nikt, kto chciałby mnie zranić, nie miałby wstępu. Do niedawna było inaczej: każdy, komu to tylko przyszło do głowy, mógł mnie wytrącić z równowagi jakąś głupią uwagą, kłamstwem, bezsensownym zdaniem, sprawić mi przykrość, która trwała znacznie dłużej niż jego pamięć o tym zdarzeniu. Dziś już tylko pory roku mogą wpływać na mój nastrój, ale nie ludzie, którym na tym zależy. Stan mojego umysłu bywa tak różny, jak różne są dni, które przychodzą, Bywają dni dobre, ale bywają i złe, i te też muszę przyjąć za własne. Są dni, kiedy jestem z kamienia, czasem z żelaza, najczęściej, niestety ze szkła.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii azyl

 

Ptaku mój daj mi siłę… wietrze mój daj mi wolność…

02 lis

 

 

Wszystko jest już policzone, twoja wolność i mój oddech.
W którąkolwiek pójdę stronę mur, wszędzie mur.
Tylko ptaki mają wolność. Tylko one mają siłę, aby wznieść się ponad wszystko kiedy tylko chcą.

Ach świecie, mój świecie.
Co się z Tobą, z nami stało?
Że wszystko na opak
Nie tak miało być
Ach życie, me życie
Z kimś ugodę podpisało 
Żeś poszło na opak
I nie chcę się żyć

Ptaku mój daj mi siłę.
Wietrze mój daj mi wolność.
Spraw bym z podniesioną głową mogła dalej żyć. 
Chcę być tak jak liść na wietrze, który frunie dokąd zechce.
Chcę uśmiechu, chcę wolności i spokoju chcę.

Ach świecie, mój świecie …

 

 

Niezależnie od tego, jak dobrze lub źle wygląda sytuacja, ona i tak się zmieni …

05 paź

 

Moja przyjaciółka Mena zawsze powtarza: „Życie jest brutalne, lepiej załóż kask”.
I wie, co mówi.
Są takie dni, kiedy kask byłby nie od rzeczy na tych wszystkich zakrętach i zwrotach, przy przepychankach i nieoczekiwanych manewrach. A to tylko jazda w korkach do pracy.

Sekret polega na tym, żeby do niczego w życiu zbytnio się nie przywiązywać, ani do tego, co dobre, ani do tego, co złe. Dobra passa przychodzi i odchodzi. Zła passa przychodzi i odchodzi. Nie powinniśmy trzymać się kurczowo tej pierwszej, ani walczyć do upadłego z tą drugą, tylko z każdej sytuacji wyciągać wnioski dla siebie.

Jest takie stare powiedzenie, które pomaga ludziom przetrwać trudne chwile: „I to przeminie”.

Większość z nas nie chce tak myśleć o dobrych momentach. Nie chcemy, żeby minęły. Chcemy, żeby trwały wiecznie. Ale wcześniej czy później, wszystko się zmienia.
Sekret polega na tym, żeby dać się życiu ponieść jak rzece: przez bystry nurt, spokojne wody i jeszcze dalej. Dryfować niczym liść, niczego się nie trzymając, ufając prądom.

Kiedy pierwszy raz wybrałam się na rafting, przewodnik wygłosił długi wykład o niebezpieczeństwach, jakie niesie rzeka. Jeśli wypadniesz z pontonu, nie próbuj wstać ani złapać się skały, nie walcz z rzeką. Rzeka zawsze zwycięży. Jeśli wypadniesz, odpręż się, ułóż zgodnie z prądem nogami do przodu, przyciśnij brodę do klatki piersiowej i pozwól, by rzeka cię niosła.
Zawsze wyniesie cię na spokojniejsze wody. Potem instruktor wręczył każdemu wiosło i kazał słuchać jego wskazówek, kiedy wpłyniemy w obszar wartkich prądów. Na koniec przypomniał nam, że ludzie naprawdę umierają w wodzie, więc musimy być ostrożni, i życzył wszystkim miłej zabawy.
Aha, i nie miał dla nas kasków.
Na bezpiecznym skrawku trawy, gdzie leżały pontony i kamizelki ratunkowe, wszystko to brzmiało uspokajająco i zrozumiale, dopóki nie wspomniał o śmierci. Sądziliśmy, że żartuje, póki nie usłyszeliśmy szumu wzburzonej rzeki, ale wtedy nie było już odwrotu.
Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać na tym pierwszym spływie. W Ohiopyle, w stanie Pensylwania, nurt na Youghiogheny River osiąga III i IV poziom w skali trudności, zapewniając
ekscytujący spływ między głazami i progami skalnymi, wzburzonym, spienionym biegiem. Siedziałam na skraju czarnego pontonu, który przypominał gigantyczną, sflaczałą dętkę. Nie miałam się czego złapać. Wiosłując miarowo, nasza czwórka dopłynęła do kaskad, a kiedy się tam znaleźliśmy, miałam wrażenie, jakby ktoś włączył pralkę.
Rzeka wyrzucała nas w górę i w dół, w prawo i w lewo; wciągała ponton pod wodę i ciskała nim wysoko do góry. Usiłowałam wiosłować, ale wszystko wirowało mi przed oczami i nie byłam
pewna, czy moje wiosło znajduje się w wodzie czy w powietrzu. To była szalona, ekscytująca przygoda… dopóki nie wypadłam. W pierwszym momencie usiłowałam się podnieść i przytrzymać
kamienia. Łup! Bach! Au! No tak, przewodnik radził się odprężyć. Spróbowałam ustawić odpowiednio nogi i schować głowę, lecz bez większego powodzenia, bo w zimnej, spienionej rzece nie widziałam ani nawet nie czułam swoich stóp.
Szkła kontaktowe zwinęły mi się pod powiekami, więc nie miałam pojęcia, co się dzieje wokół mnie. Za duża kamizelka ratunkowa podjeżdżała pod uszy i co chwilę musiałam ją sobie ściągać na
ramiona. Wiosło porwał prąd. Trudno było wyczuć moment, kiedy na wzięcie oddechu. Wszędzie wokół widziałam tylko wodę. Nie mogłam zaczerpnąć powietrza bez połykania wody, więc
powiedziałam w duchu: „Boże, jeśli chcesz, żebym przeżyła, lepiej szybko coś wymyśl. Powierzam się Tobie”. W tym samym momencie poczułam, jak ktoś wyciąga mnie na wierzch. Ludzie z drugiego pontonu chwycili mnie za kamizelkę ratunkową i uratowali mi życie. Kiedy wypłynęliśmy na spokojniejsze wody, byłam już gotowa na więcej wrażeń.
Na ostatni spływ wybrałam się z grupą ludzi zbyt odważnych lub skąpych, żeby zorganizować przewodnika. Wynajęliśmy po prostu ponton i wypłynęliśmy na rzekę.
To był poważny błąd.
Pędziliśmy z nurtem na złamanie karku, celując w kamienie i kaskady, jakbyśmy rzucali im wyzwanie. Wypożyczyliśmy kamizelki ratunkowe i wyruszyliśmy na samotny podbój rzeki.
Zabraliśmy z sobą jedzenie i, dla bezpieczeństwa, liny. Ale nie było z nami nikogo, kto mógłby objaśnić, jak pokonać każdą z kaskad, albo ostrzec, których głazów unikać. W efekcie najpierw
przedarliśmy się przebojowo przez serię prądów, a potem wpadliśmy z impetem na skałę. Wielkości chevroleta.
Utknęliśmy na tej skale, nie mogąc się ruszyć choćby o milimetr, a wokół huczała spieniona woda.
Kiedy przenieśliśmy cały ciężar na jedną stronę, żeby ześlizgnąć się do rzeki, ponton wywrócił się do góry dnem. Silna fala wbiła mnie w skałę, przygniatając mi klatkę piersiową tak mocno, że
z trudem łapałam oddech. Pozostałym udało się w jakiś sposób wciągnąć mnie na górę. Tymczasem ponton dawno zniknął na horyzoncie.
Co teraz?
Dwóch przewodników innej grupy podpłynęło do nas kajakami. Kazali nam wskoczyć z powrotem do wody i pozwolić rzece nieść się z prądem. Myślałam, że żartują. Ale nie mieliśmy wyboru. W ich kajakach i na pozostałych pontonach nie było miejsca dla dodatkowych pasażerów. Moi przyjaciele, jeden po drugim, żegnali się z resztą, wyskakiwali i odpływali. W końcu zostałam sama. Przewodnik w kajaku przekonywał mnie, żebym wskoczyła do wody. Nie chciałam zejść z bezpiecznej skały, ale nie chciałam też dać się zatrzymać rzece – ani wtedy, ani kiedykolwiek.
W końcu przewodnik obiecał, że popłynie kajakiem za mną, więc pomodliłam się, a potem ześlizgnęłam ze skały i dałam się ponieść na spokojniejsze wody. Nigdy nie zapomniałam tego dnia.

Nauczyłam się wtedy, że czasem trzeba poświęcić bezpieczeństwo, które daje ci skała, by zyskać coś lepszego.

Czytałam kiedyś wywiad z pastorem Rickiem Warrenem, autorem książki The Purpose Driven Life („Życie świadome celu”). To, co powiedział, przypomniało mi o przygodzie na rzece:
Życie to pasmo problemów: albo akurat przeżywasz kłopoty, albo z nich wychodzisz, albo przygotowujesz się na kolejne. Dzieje się tak dlatego, że Boga bardziej interesuje twój charakter niż twoja wygoda. Bóg woli prowadzić cię do świętości niż do szczęścia.
Pastor opowiedział też o nauczce, jaką dostał w najpiękniejszym i najtrudniejszym roku swojego życia. Był to rok, w którym zarobił miliony dzięki swojej książce i zarazem rok, w którym jego żona zachorowała na raka.

Kiedyś myślałem, że życie składa się pagórków i dolin – na zmianę przedzierasz się przez mrok i trafiasz na szczyt. Ale już w to nie wierzę. Teraz życie nie przypomina mi serii dolin i wzgórz, a raczej dwie szyny toru kolejowego, bo w każdym momencie spotyka nas coś dobrego i coś złego.

Niezależnie od tego, jak wspaniale układa się twoje życie, zawsze jest w nim coś złego, co wymaga pracy. I niezależnie od tego, jak fatalnie wygląda sytuacja, zawsze jest w twoim życiu coś, za co możesz podziękować Bogu.

Kobieta ścigająca się w wyścigach NASCAR powiedziała kiedyś: „Życie jest jak tor wyścigowy.
To zakręty nadają mu znaczenie”. Łatwo jej mówić. Ona chodzi do pracy w kasku.
Niezależnie od tego, które wyjaśnienie przyjmiemy, życie to szalona, cudowna podróż. Panuje w nim chaos, później przychodzi spokój, a potem wszystko zaczyna się od nowa. Sekret polega na tym, żeby cieszyć się tą przejażdżką.

Każdą jej chwilą.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii REGINA BRETT

 

Najważniejszym organem płciowym jest mózg.

27 wrz

 

 

Zakochałam się w felietonach Reginy Brett. Co jakiś czas opublikuję na łamach mojego blooga jeden z jej jakże mądrych motywujących tekstów, które są bardzo bliskie memu sercu.

A oto jeden z nich:

 Moja przyjaciółka Sheryl chciała mnie poznać ze swoim przyjacielem.

– Nie chodzę na randki w ciemno – oświadczyłam.
– To tylko przyjęcie – odpowiedziała.
Nie powiedziała mi zbyt wiele o tym facecie. Nosi brodę, jest rozwiedziony, pracuje w public relations. To wszystko, co usłyszałam.
Gdyby dodała, że to palący agnostyk spod znaku Panny, wielbiciel jazzu, sushi i wielkomiejskiego stylu życia, który rzadko bywa w domu, nie miałby u mnie najmniejszych szans. W końcu ja jestem
niepalącą katoliczką, wegetarianką spod znaku Bliźniąt, która uwielbia muzykę country i małe miasteczka, a większość wieczorów spędza na kanapie. W teorii zupełnie do siebie nie pasowaliśmy.
Był rok 1992. Zdecydowałam się przyjść na to przyjęcie w ostatniej chwili. Sheryl przedstawiła mnie Bruce’owi… i od tego momentu nie mogliśmy przestać rozmawiać. Przesiedzieliśmy na kanapie wiele godzin. Bruce kochał swoją pracę i gorąco pragnął zmieniać świat na lepsze. Miał piękne, ciepłe brązowe oczy, które budziły we mnie poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie lśniły
podekscytowaniem. W tych oczach coś się kryło.
Zadzwonił następnego dnia i przegadaliśmy trzy godziny. Dowiedziałam się, że śpiewa pod prysznicem i płacze na filmach. Ale byłam ostrożna. Na jakiś czas odpuściłam sobie związki, od
niemal dwóch lat żyłam w celibacie. Kilka lat chodziłam na terapię, żeby uwolnić się od traumy z dzieciństwa.

 

Chciałam zerwać ze swoim schematem i przestać przyciągać niedostępnych mężczyzn, którym trudno przychodzi bliskość i zaangażowanie. Pragnęłam, żeby pokochał mnie ktoś, kto
zostanie ze mną na dłużej. Jak każda zraniona kobieta, marzyłam o kimś, kto nigdy mnie nie skrzywdzi, nigdy nie zawiedzie, nie odtrąci ani nie porzuci. To były nierealistyczne oczekiwania.

 

Nie wiedziałam, co myśleć o Brusie, więc na naszej pierwszej prawdziwej randce dałam mu trzy propozycje do wyboru: mogliśmy pójść do kina lub na kolację albo pojechać do miasta, w którym dorastał, i obejrzeć jego domy, szkołę i inne ważne dla niego miejsca, żebym mogła się o nim więcej dowiedzieć. On odwrócił kota ogonem i zaproponował, żebyśmy zwiedzili moje rodzinne miasto.
Jeździliśmy więc po dwunastotysięcznej Ravennie. Przejechaliśmy obok mojego domu, kościoła, szkoły podstawowej, gimnazjum, ogólniaka i wszystkich miejsc, w których kiedyś pracowałam.
Ostatnim punktem wyprawy był cmentarz, gdzie leżą pochowani moi dziadkowie. Siedzieliśmy w samochodzie, patrząc, jak sierp księżyca wschodzi na tle szkarłatnego nieba i nagich drzew. Bruce
powiedział, że ta chwila ze mną jest równie dobra jak seks. Zrozumiałam, że ten mężczyzna z całą pewnością różni się od wszystkich, z którymi dotąd się spotykałam.
Tej samej nocy wylądowaliśmy w restauracji, rozmawiając o tym, czego szukamy. Czy on planuje ponownie się ożenić? Czy ja w ogóle mam zamiar wyjść za mąż?

 

Zgadzaliśmy się co do jednego:
jeśli tak, to nie będziemy szukać męża ani żony, tylko partnera życiowego, najlepszego przyjaciela.

 

Tej nocy zaczęłam wierzyć, że miłość do mężczyzny ma sens. Bruce był błyskotliwy, zabawny i szczery. Dowiedziałam się, że jest żydem, ale w grudniu uwielbia śpiewać chrześcijańskie kolędy
przed kawiarniami. Że pokazuje dzieciom sekretny znak z Klanu urwisów, ma w salonie stosy książek, a dla właściwej osoby rzuciłby palenie.
Podobały mu się moje potargane, falujące włosy, chudy nos, dłonie i piegi. Pokazał mi zdjęcia swojej mamy, babci, synów i rodzeństwa. Wyjął nawet telefon komórkowy, wyłączył go
i powiedział:
– Nigdy tego nie robię.
Przysłał mi kasetę z balladami miłosnymi i jazzem na jednej stronie i swoimi ulubionymi piosenkami świątecznymi na drugiej. Powiedział, że nagrał ją, żeby mnie uwieść. Podziałało.
Wszystkie te miłe słowa i gesty sprawiały, że czułam się bezpiecznie. Cieszył się jak dziecko z naszych spotkań. Trzymał mnie za rękę i godzinami rozmawialiśmy, siedząc na kanapie. Było tak, jakby nocował u mnie najlepszy przyjaciel. Bruce został moim kumplem.
Do łóżka poszliśmy dopiero po Wielkiej Rozmowie. To był jego pomysł, nie mój. Kiedyś przegadaliśmy na kanapie całą noc. Pytał o moje poprzednie związki. Chciał poznać wszystkie okrężne i podziurawione drogi, które doprowadziły mnie do niego. On był żonaty przez piętnaście lat, a rozwiedziony od dwóch. Ja nigdy nie wytrzymałam dłużej niż rok z tym samym facetem. Miałam na
koncie trudną relację z ojcem i mnóstwo związków z mężczyznami przypominającymi mojego ojca, którzy mieli w dodatku trudne relacje z matką. Nienajlepsze połączenie. Bruce zażartował, że lubi kobiety z przeszłością. Roześmialiśmy się, a potem oboje płakaliśmy, kiedy ja opowiadałam, a on słuchał, jakim wyzwaniem będzie mnie pokochać. Tyle ran musiało się jeszcze we mnie zagoić. Przez całe życie nigdy nie poczułam się całkowicie bezpieczna emocjonalnie i fizycznie przy żadnym mężczyźnie. Ledwie uświadamiałam sobie własne potrzeby intymne. Dorastałam w przekonaniu, że kobieta ma służyć mężczyźnie i jeśli czerpie z tego jakąś przyjemność, to dobrze, a jeśli nie, to bez znaczenia.
Bruce zachęcał mnie, żebym była z nim absolutnie szczera, żebym powiedziała mu otwarcie, co lubię, a czego nie. Ale ja nie wiedziałam, co lubię, ani czego oczekuję od związku, bo nigdy nie
miałam okazji się nad tym zastanowić. Większość ludzi dorasta do swojej seksualności. Ale osobie takiej jak ja, molestowanej seksualnie w dzieciństwie i zgwałconej jako nastolatka, tożsamość
seksualna zostaje skradziona. Wtedy nie ma się szansy stopniowo dorosnąć. Kiedy ktoś narzuca ci własną seksualność, to hamuje twój rozwój. Dorosłe życie spędziłam, usiłując zadowolić mężczyzn, robiąc wszystko, czego – jak sądziłam – chcieli, ale nie miałam pojęcia, co sprawia przyjemność mnie samej.
Bruce nie chciał o tym słyszeć.

 

Powiedział, że najważniejsze w naszym związku to zbudować i utrzymać przyjaźń, a seks nie ma decydującego znaczenia. Nauczył mnie tej wspaniałej, odwiecznej prawdy: Przyjaźń jest na pierwszym miejscu. To dusza związku, wyjaśnił.

 

Zanim spotkałam Bruce’a, przyjaciółka z terapii zdradziła mi, że w Wielkiej Księdze Anonimowych Alkoholików znalazła również wskazówki odnośnie relacji damsko-męskich. Jej autorzy musieli
mieć poczucie humoru, bo porady seksualne znajdują się na stronie 69. Księga radzi, żeby zacząć od obrachunku osobistego: przyjrzeć się swoim urazom i lękom, ale także swojemu życiu seksualnemu, i zastanowić się, co się w nim sprawdzało, a co nie. A potem w porozumieniu z Bogiem wypracować
rozsądne rozwiązanie, które będzie odpowiednie właśnie dla ciebie.
Musiałam zawierzyć moją seksualność Bogu. Musiałam ujrzeć w seksie dar od Boga, który stworzył mnie wraz z moimi pragnieniami i namiętnościami. Musiałam zrozumieć i uwierzyć, że Bóg miał dość wyobraźni, żeby stworzyć mężczyzn, którzy mnie nie wykorzystają ani nie porzucą.
Seks musiał stanowić część czegoś większego, część związku. Tym razem tak właśnie było. Zanim przyszło co do czego, przegadaliśmy wiele godzin.

 

W pewnym momencie Bruce wskazał na swoją głowę i powiedział:
– Seks jest tutaj. Nie trzeba niczego udawać. Nie trzeba nikogo zadowolić. W seksie nie chodzi tylko o to, żeby osiągnąć orgazm – mówił. – To tylko wisienka na torcie. Na ciasto składają się inne
składniki. Zróbmy więc ciasto.

 

I zrobiliśmy. Minęło dziesięć lat, a my nadal świetnie się bawimy przy pieczeniu. Nasze życie seksualne nigdy nie opierało się wyłącznie na naszych ciałach. I dobrze, bo one zmieniają się
z czasem. Moje ciało zmienił rak. Po tym, jak usunięto mi piersi, potrzebowałam trochę czasu, żeby znów poczuć się seksowna. Bruce powtarzał mi, że mój mózg musi po prostu przystosować się do nowej sytuacji. Miał rację.

 

Jeśli chodzi o seks, najważniejsza strefa erogenna znajduje się między twoim prawym i lewym uchem.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii REGINA BRETT

 

Szwarrrrrgot

09 wrz

 

Dwukrotnie podchodziłam do nauki niemieckiego. Pomimo wielkiego wysiłku i zapału efekty były mierne. Przyczyna? Niemiecki źle mi się kojarzy historycznie, a to też utrudnia naukę. I nie oszukujmy się, że nie. Jak człowiek czegoś, nie lubi, to nie chce się tego uczyć. Niemiecki szwargot kojarzy się Polakom z komorami gazowymi, z przerabianiem ludzi na mydło, z robieniem sienników dla wojska z ludzkich włosów, a dopiero w dużo dalszej kolejności z poezją Goethego. Na domiar złego ma szpetne brzmienie – jest bardzo twardy i ciężki. Romantyzmu zawiera tyle ~ co komendy wojskowe. Subtelny jest jak kowadło. A precyzyjny owszem, ale jest to precyzja młotka trafiającego w palec, a nie pędzelka malującego miniaturę na skorupce przepiórczego jajeczka. Nie dziwota, że naród z takim językiem rozpętał dwie wojny światowe.

Niemiecki nadaje się świetnie do jednego – żeby kogoś porządnie skląć. A móc skląć w obcym języku to ważna umiejętność lingwistyczna, która buduje bezpieczeństwo  ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii przemyślenia

 

THE LAND OF THE FREE!

03 lip

 

`-Duszno mi. W aucie bez klimy chciałbym mieć porządny
przewiew …

-Zwyczajnie. Wybij tę szybę. Walnij gwoździem. Rozsypie się na kawałeczki i po kłopocie …

Pytam, ile mogę wypić wina, żeby mnie nie aresztowali za jazdę po pijaku.
-Aresztowali?! Pij, ile tylko chcesz, bylebyś potem jechał zgodnie z przepisami. Jeśli jedziesz prawidłowo, nikt nie ma cię prawa zatrzymać do żadnej kontroli. No chyba że byłaby obława na drogach.
To jest Ameryka, rozumiesz? Kraina ludzi wolnych, rozumiesz? Policja nie zatrzymuje obywatela do kontroli bez powodu, rozumiesz?
Zrozumiałem dopiero po jakimś czasie, a mechanik musiał mi to wyłożyć w szczegółach. Że zatrzymanie prewencyjne obywatela, który nic nie przeskrobał, jest poważnym przestępstwem ze strony policji. Ze żaden dowód przeciwko obywatelowi zdobyty przy nielegalnym zatrzymaniu nie może być użyty przed sądem. Że nie istnieją zatrzymania do rutynowej kontroli pojazdu. Że policja nie ma prawa bez nakazu zaglądać ci do bagażnika.
I tak dalej, i dalej…

**************************
Tego popołudnia zrozumiałem całą masę różnych rzeczy, ale przede wszystkim zrozumiałem, czym różni się Ameryka od reszty świata. The land of the free – kraina ludzi wolnych. Tak, wiem – Ameryka jest trochę dzika i trochę niepiśmienna, i z tych cech śmieją się kulturalne snoby w Europie, ale jednocześnie ta podstawowa filozofia leżąca u podstaw wszystkiego, co amerykańskie: The land of the free… jest fascynująca! Bycie wolnym oznacza, że mogę zignorować każdy śmiech na mój temat, każde pogardliwe spojrzenie lub złe słowo. Bycie wolnym myślą, mową, uczynkami i zaniechaniem., bycie wolnym do tego stopnia, że wybijam szybę, bo mi z nią duszno.
Urzekająca prostota rozwiązania z gwoździem pozwoliła mi zrozumieć, kim oni są. Ci wszyscy Amerykanie, trochę dzicy i trochę niepiśmienni.

***
Zachowałem sobie ten gwóźdź.
Kiedy przyjeżdżam do Europy, zanurzam dłoń w kieszeni i kłuję się nim w palec – żeby stale pamiętać: jesteś wolny, masz być wolny, masz obowiązek być wolny, zostałeś stworzony do wolności, nie ograniczaj swojego myślenia, horyzontów, poglądów, nie daj się stłamsić, uporządkować, znormalizować, zunifikować. Nie jesteś elementem statystyki – jesteś podmiotem. Nie daj się przestawiać ani ustawiać żadnej władzy, a gdyby … gdyby przyszli pod twój dom, masz pełne prawo gwoździem ich potraktować!`

4646372-cejrowski-1-643-385

Całym sercem jestem z Tobą Cejrowski … Ty już tę swoją wolność masz a ja jak narazie tylko o Niej marze z gwoździem w kieszeni … nie inaczej   ;-)

Dźgam się nim i Wam, moi drodzy, zalecam to samo – noście gwoździe w kieszeniach. Tak dla przypomnienia właściwego porządku rzeczy. Taki gwóźdź bardzo prostuje myślenie. Jest jak strzałka kompasu.   :lol:

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii cytaty